Pink (2016) – Nie znaczy nie

pink-amitabhKwestia przemocy wobec kobiet oraz praw kobiet to w Indiach w ostatnich latach jeden z istotniejszych elementów dyskursu społecznego. Temat podejmuje coraz chętniej również kino popularne, mówiąc językiem czytelnym dla szerokiej publiczności. I z jednej strony to ważne, by istotny przekaz docierał „pod strzechy”, ale z drugiej – twórcy stoją przed trudnym zadaniem, by odpowiednio wyważyć poszczególne elementy, nie przeszarżować z powagą, a zarazem nie iść na zbyt duże skróty. Nie udało się to choćby w przypadku Parched, które ugrzęzło gdzieś pomiędzy poważnym kinem społecznym a rozrywkowym mainstreamem, a w rezultacie nie podbiło ani jednej, ani drugiej widowni. I wyraźnie poległo jako głos w sprawie kobiet, bo masową publikę bardziej od przesłania (czy raczej wbrew niemu) zajęło rozsyłanie po kanałach społecznościowych sceny erotycznej Radhiki Apte.
Z Pink Bengalczyka Aniruddhy Roya Chowdhury’ego (wyprodukowanym przez Shoojita Sircara) sprawa wygląda lepiej. Reżyser miał precyzyjną wizję tego, co i jak chce przekazać. Mówi mocnym głosem, choć chwilami zbyt dosłownym i mentorskim.
Pomimo zapędów moralizatora-nauczyciela Chowdhury’emu udaje się stworzyć dobrze zagrany i skonstruowany dramat sądowy z elementami thrillera, który z pewnością pojawi się w wielu podsumowaniach najbardziej interesujących filmów indyjskich 2016 roku.

Reżyser nie traci czasu na przydługą ekspozycję bohaterów czy stopniowe wprowadzenie w akcję. Nie wykłada łopatologicznie porządku wydarzeń, wierząc, całkiem słusznie, że widzowie poskładają je z kolejnych scen i dialogów. Zaczyna od mocnego uderzenia, by od pierwszych chwil przykuć uwagę. Pokazuje podenerwowanych kumpli Dumpy’ego (Raashul Tandon) i Ankita (Vijay Verma), odwożących do szpitala krwawiącego z poważnej rany na głowie Rajveera (Angad Bedi). Rzecz dzieje się w południowym Delhi, więc wiemy, że mamy do czynienia z chłopakami z dobrych rodzin. Widać, że stało się coś złego, ale mężczyźni nie chcą zgłaszać sprawy policji. W innych ujęciach widzimy grupę dziewczyn, Minal (Taapsee Pannu), Falak (Kirti Kulhari) oraz Andreę (Andrea Tariang). Wzburzone i przejęte wracają taksówką do domu, wymieniając nerwowe uwagi. Wyraźnie ich sytuacja i sytuacja młodych mężczyzn są w jakiś sposób powiązane. Okazuje się, że scenariusz wspólnego wieczora wymknął się spod kontroli i jedna z dziewczyn musiała użyć siły, by powstrzymać niechciane awanse.

Sytuacja staje się napięta. Dowiadujemy się więcej o postaciach. One to niezależne, młode kobiety, które robią karierę i starają się żyć zwyczajnym miejskim życiem (co niekoniecznie jest zwyczajne w oczach konserwatywnej części społeczeństwa – w sądowej batalii oskarżyciel wytyka jednej z nich, co z nie za szanująca się córka, skoro nie została z rodziną, a wynajmuje mieszkanie z przyjaciółkami). Oni – przywykli, że wiele im wolno. Rajveer ma wpływowego w kręgach politycznych wuja. Arogancja i buta męskich bohaterów przypomina nieco wydarzenia (inspirowane niestety faktami) z No One Killed Jessica. Konflikt się eskaluje i znajduje finał na sali sądowej – bo w odwecie za wniesienie przez dziewczyny sprawy o molestowanie, Rajveer oskarża Minal, która go raniła, o próbę pozbawienia życia. Zarzutów jest zresztą więcej – bo bohaterki próbuje się zdyskredytować pomówieniami o prostytucję. W prawniczej batalii wesprze je słynny niegdyś adwokat – Amitabh Bachchan (któremu niepotrzebnie dodaje się rozbudowaną, nieistotną dla dramaturgii historię – acz należy docenić pokazanie bohatera z zaburzeniem dwubiegunowym).

Sala sądowa stanie się główną areną wydarzeń. Nie jest to Court czy nawet Aligarh, a kino dla szerokiej widowni, więc nie ma gry subtelnościami . Są szybkie wymiany, oratorskie popisy, skrajne emocje. I głęboki, grzmiący głos Amitabha, który konfrontuje widownię z tym, co wedle powszechnej opinii przystoi przyzwoitej kobiecie, a co nie. Po drugiej stronie jest śliski oskarżyciel, chwilami wręcz karykaturalny. Choć gdy przypomnę sobie, jakie „rewelacje” słyszałam nieraz w mediach z ust indyjskich przedstawicieli prawa (w kontekście ofiar przemocy seksualnej np. – że same sobie winne, skoro wracają późno do domu), ta groteskowość wydaje się uzasadniona.
Mimo wszystko przyjmowany ton chwilami jest zbyt natarczywy i pouczający. Sam proces zaś toczy się zbyt filmowo, w oderwaniu od sądowej rzeczywistości i efekciarsko (szczególnie drażni decyzja jednej z bohaterek, by pod naporem oskarżenia zeznać coś nieprawdziwego dla uzyskania wiarygodności – choć zrozumiały jest sens dramaturgiczny tej sceny). Reżyser nie ma też odwagi nadmiernie kierować Amitabhem – a charyzma aktora przytłacza część scen. Bardzo wiarygodnie wypadają Pannu, Kulhari i Tariang – publiczność zdecydowanie może się z nimi utożsamić i sympatyzować.

Niemniej udało się zasygnalizować ważne kwestie. Tego, jak obłudnie różnie traktowane są takie same zachowania mężczyzn i kobiet. Co jednej płci uchodzi, a co nie. A nade wszystko łatwość, z jaką winę i odpowiedzialność w sprawach przemocy seksualnej przenosi się ze sprawcy na ofiarę. Reżyser przy okazji podnosi też problem dyskryminacji Indusów z północno-wschodnich stanów (Andrea jest z Meghalai). I nade wszystko ma odwagę powiedzieć: kiedy kobieta mówi nie, znaczy to nie. Nieważne, czy była ubrana w mini czy burkę, czy piła alkohol, kawę czy nic nie piła, czy wcześniej flirtowała czy nie, czy ma za sobą seksualne doświadczenia czy nie. Swoje oberwało się też policji – w kwestii traktowania ofiar zgłaszających przestępstwa na tle seksualnym czy niekompetencji i korupcji.
A osadzenie akcji pośród dobrze sytuowanych, wykształconych sfer społeczeństwa nie pozwala na zdystansowanie się od problemu, zbycie go prostym „to nie dotyczy nas, tylko biedoty”.

Pomimo potknięć i nadmiernie kaznodziejskich tonów nie sposób odmówić Pink istotności. Film odbił się w Indiach szerokim echem i sprowokował wiele dyskusji. Tak choćby pisała o nim w recenzji dla „The Indian Express” Shubhra Gupta:

Że też tyle trwało, nim w Bollywood powstał film, mówiący tak dobitnie, bez owijania w bawełnę, bez uników, otwartym tekstem, o kraju, w jakim żyjemy, o społecznych konwenansach, których kobiety muszą przestrzegać, spętane patriarchalnymi zasadami, mizoginią oraz nieuzasadnionym poczuciem wstydu – bo jeśli ktoś cię skrzywdził, znaczy, że musiałaś sprowokować agresora, a potem masz tylko pokornie złożyć ręce na piersi, schylić głowę i się przymknąć.

Twórcom zdecydowanie udało się osiągnąć cel wzbudzenia społecznego fermentu . Poza Aligarhem nie było w zeszłorocznym mainstreamie hindi równie znaczącego głosu.

2 uwagi do wpisu “Pink (2016) – Nie znaczy nie

  1. Obejrzałam ten film wczoraj i zgadzam się z wieloma kwestiami, które opisałaś. Przede wszystkim jest to film, który porusza i nie zostawia widza obojętnym. Masz rację, czasami ton Amitabha jest zbyt mentorski, ale mnie nie przeszkadzało. Bo te oczywistości trzeba ciągle wszystkim powtarzać – mężczyzną, policji, sędziom ale też innym kobietom, aby się nie bały. Niestety trzeba to powtarzać nie tylko w Indiach ale na całym świecie, bo poglądy tych młodych chłopaków, to nie tylko kwestia indyjskiej mentalności. Bo czasami podobne kwestię czytam na naszym zachodnim oraz polskim podwórku.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s