Qurbani (1980) – o dwóch macho (Vinod i Feroz), co chcieli Zeenat

Qurbani-poQurbani wymieniany jest wśród sztandarowych filmów akcji kina hindi. Ale nie jest to rzecz czysta gatunkowo (lata 80. zobowiązują). Bo tyle co bijatyk i pościgów – tak realnych, jak i cudownie absurdalnych, jest tam sentymentalnych wzruszeń, romantycznych komplikacji czy też komplikacji natury… skomplikowanej.  Jest to też kino urokliwie męskie, w starym westernowym stylu,  gdzie mamy dzielnych, odważnych i zwierzęco magnetycznych machos – takich po części drani, po części porządnych ludzi, co nieraz mają okazję wykazać się siłą, męską przyjaźń cenną ponad wszystko i piękną kobietę, której rola dramaturgicznie ogranicza się do obiektu pożądania i co za tym idzie, bycia punktem zapalnym i wzmiankowanej przyjaźni największą próbą.

Miast koni są tu motory i szybkie samochody, szeryfa zaś zastępuje inspektor policji. No i ci źli, nie możemy o nich zapomnieć. A ci źli to tutaj Raka (Amrish Puri z afro), jego była żona Jwala (Aruna Irani) i jej braciszek Vikram (Shakti Kapoor). Źli, co ciekawe, są niesprzymierzeni, a w dodatku, delikatnie mówiąc, nieszczególnie się kochają. Raka zawłaszczył majątek Jwali i za jego sprawą Vikram trafił za kratki. Do tego banda z nich cokolwiek psychopatyczna i powalająca stylizacją. Amrisha Puri z afro trzeba zobaczyć. Aruna Irani ma wściekle nienaturalne zielone oczyska i babsztyl z niej taki, że nic, tylko zwiewać. A Shakti… cóż, mu charakter musi wystarczyć, bo z bujną czupryną i wąsiskiem to mu nawet do twarzy.

oczyskaarunysm

Spojrzenie Aruny Irani na długo zapada w pamięć

No i nasi dobrzy dranie zostaną wciągnięci w ich rozgrywki. A ci dobrzy to włamywacz (specjalność – sejfy) Rajesh (Feroz Khan, również reżyser filmu) i Amar (Vinod Khanna), przemytnik pracujący dla Raki, który porzuca gang, nie mogąc znieść okrucieństwa bossa. Amar to typ, co każde kobiece serce zmiękczy, bo i poetycko wygadany, i wrażliwy ojciec – owdowiały, samotnie wychowuje córeczkę.
Rajesh zaś, prawdziwy samiec, w rozpiętej u góry koszuli, z której wyłania się gąszcz, khem, dywanu, u swego boku ma piękną Sheelę (Zeenat Aman) – klubową piosenkarkę. Sheela nie wie, czym trudni się jej ukochany. Niedługo zaś po tym, gdy się tego dowiaduje, Rajesh trafia za kratki, przyłapany na gorącym uczynku przez wiecznie-na-tropie inspektora Amjada Khana (co za niespodzianka, Amjad Khan). Rajesh prosi Sheelę, by na niego czekała, ale nie odwiedzała. Dziewczyna będzie się jednak czuć samotna, a pewnego dnia w jej życiu pojawi się Amar. A wiadomo, urokowi Zeenat, tfu, Sheeli oprzeć się nie sposób…

A o namiętności któż zaśpiewa lepiej od Rafiego? Kya dekhte ho

Gdy Rajesh wyjdzie z więzienia, wskutek zbiegu okoliczności zaprzyjaźni się z Amarem. I rzecz rozegrałaby się tylko na linii dwóch przyjaciół i jedna dziewczyna, gdyby nie knowania i spiski naszych złych. No i inspektor. Jak zawsze na tropie.
Choć w porównaniu z twórczością Manmohana Desai, fabuła tu prosta i niepogmatwana, a i tempo niezbyt szaleńcze, zabawy czeka jeszcze mnóstwo. Bo i okaże się, że Aruna Irani równie wprawnie jak karabinem, posługuje się buldożerem. Będą mordobicia. Będą szaleńcze pościgi z użyciem samochodów i motocykli. Mordy będą. Bitki w kamieniołomach. Strzelaniny. Zdrady i sojusze. I zuchwałe plany. A wszystko doprowadzi do poruszającego finału, który przyznam, łzę mi niejedną wycisnął.

Bo ta męska przyjaźń… Ech… Ponad wszystko.

Feroz i Vinod przyjaźnią się naprawdę, więc między nimi jest świetna chemia. No i rola Vinoda z takich, w których lubię go najbardziej. Feroz już niestety nadgryziony zębem czasu, ale machowego testosteronu mu nie brak. Ale i tak obu panów przyćmił Amjad Khan, który jako zblazowany inspektor daje świetny aktorski popis. Jest zabawny, irytujący, groteskowy, dziwaczny… Bomba. A miłośnicy Sholay z pewnością dopatrzą się w jednym jego starciu małego podobieństwa do finałowej konfrontacji Gabbar-Thakur. Tyle że teraz Gabbar zamiast Thakura. Vikram zaś, czyli jeden ze złych, ma swój muzyczny temat, przypominający nieco ten gabbarowy.

A do tego muzyczny duet Kalyanji-Anandji w świetnej formie!

I ponieważ nie ma masali bez qawwali, nie mogło zabraknąć tej brawurowej pieśni: Qurbani, Qurbani

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s