Once Upon a Time in Mumbaai (2010), czyli dawno temu w Mumbaju

once upon posterMumbaj, rok 1993. Służby wyławiają z morza ambasadora. I  kierowcę auta – szczęśliwie ocalał. Ale samochód nie stoczył się do wody wskutek wypadku. Kierowca, i jak się okazuje, oficer policji (Randeep Hooda) próbował targnąć się na swoje życie.
Składa zeznania wyjaśniające przyczyny tego desperackiego kroku. Zaczyna od szokującego stwierdzenia, że to, co właśnie dzieje się w mieście (a co się dzieje, myślę, nie trzeba tłumaczyć), to jego wina.
Potem cofamy się z jego opowieścią do Mumbaju lat 60. i 70. i czasów, gdy zaczął pracę w policji, a miastem rządził Sultan Mirza (Ajay Devgan, przepraszam, teraz Devgn) – szlachetny przemytnik. Jego imię wzbudzało strach, ale wypowiadano je z szacunkiem. Pewnego dnia jednak przyjął w swe szeregi niewłaściwego człowieka, młodego, ambitnego, sfrustrowanego swoim miejscem w świecie Shoaiba Khana (Emraan Hashmi)…

Mamy tu starcie dwóch pokoleń – i dwóch podejść. Sultan reprezentuje bohaterów poruszających masową wyobraźnię w latach 70., młodych gniewnych Amitabha – takich, którzy sami brali sprawiedliwość w swoje ręce i naprawiali świat i swój los – działając wbrew prawu i ustalonym, tłamszącym jednostkę regułom. Owszem, łajdaków na bakier z prawem, ale postępujących zawsze wedle własnego kodeksu etycznego, chcących ręce mieć czyste, nie zakrwawione. Shoaib to egocentryczny, niedowartościowany brutal, który myśli tylko o sobie i własnych korzyściach. Jego kodeks to brak zahamowań. Wszystko, byle zrealizować cel.
W filmie nie widzimy mocnych scen przemocy, w ogóle nie ma jej zbyt wiele. Oczywiście ani przez chwile nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia z gangami i gangsterami, ale nacisk jest raczej na stronę emocjonalną i relacje między postaciami.

Tytuł, pomysł nawiązują do Dawno temu w Ameryce, ale znajdziemy i odwołania do Ojca chrzestnego (Sultan to rozstrzygający okoliczne spory Don, ktoś, kto rozważnie i rozsądnie załatwia sprawy).

Oczywiście choć twórcy wypierają się nawiązań do rzeczywistości, dla wszystkich jest jasne, że inspiracją dla kreacji Sultana Mirzy był Haji Mastan, a Shoaiba – Dawood Ibrahim. I jest ciekawą paralelą, że oponenta Shoaiba gra Randeep Hooda, który wcześniej w swojej karierze również zagrał bohatera wzorowanego na tej niesławnej postaci.

Rzecz jest dynamiczna, dobrze zagrana. Bardzo dobre zdjęcia – zimne kolory, deszcz, szarość i nieprzyjazność otoczenia, ciekawa praca kamery. Twórcy zadbali o stylistykę – jest klimatycznie i retro. Ale spodziewałam się większej dbałości o szczegół, większego szaleństwa scenograficznego i kostiumologicznego.

Film zdecydowanie warty obejrzenia, choć twórcy nie wykorzystali w pełni potencjału, jaki dawał pomysł, scenariusz i obsada. I niestety, postacie kobiece nic nie wnoszą do akcji, są tylko uśmiechniętym bądź przestraszonym ozdobnikiem. Poza tym 2 godziny to stanowczo za mało na tak epicką, rozgrywaną na przestrzeni lat historię. Niemniej miłośnicy stylistyki lat 70 i kina gangsterskiego znajdą tu dla siebie wiele smakowitości.

3 uwagi do wpisu “Once Upon a Time in Mumbaai (2010), czyli dawno temu w Mumbaju

  1. Szafranka, mam problem z tym, co napisałaś. Szczególnie ze zdaniem: „Niemniej miłośnicy stylistyki lat 70 i kina gangsterskiego znajdą tu dla siebie wiele smakowitości”. Bo wydaje mi się, że zaliczam się do obu kategorii, a tymczasem dla mnie „Dawno temu w Mumbaju” to potencjał całkowicie zmarnowany. Ckliwa, ciągnąca się jak guma z majtek, lepka od lukru telenowela, a nie kino gangsterskie. Co wyjątkowo jaskrawo rzuca się w oczy, kiedy człowiek ma za sobą „Dongri to Dubai” Zaidiego i wie, jak to było naprawdę. Z tymi latami 70. też się nie udało – przecież za tę wiązankę melodii, w której Pritam masakruje piosenki R.D. Burmana, należałoby mu poobcinać ręce (a to i tak jest nic w porównaniu z rzeźnią, której dokonał na tytułowej piosence w „Dum Maaro Dum”).
    Historia Hajiego Mastana i Dawooda Ibrahima to jest rzecz, która zasługuje na filmową opowieść w stylu „Rakht Charitra” albo „Gangów Wasseypuru”, a nie na taką landrynę zrobioną byle jak i bez pomysłu. Drugiej części z Akshayem Kumarem (o zgrozo) nie zamierzam nawet oglądać.

    • Potrafię zrozumieć, czemu można się na „OUiM” zjeżyć. Szczególnie że z wieloma rzeczami, które napisałeś się zgadzam. Owszem, opowieść o tym, jak to było naprawdę, zasługuje na inną historię, inny rodzaj narracji. I byłoby to też kino z innej półki. Ale też kino trudne, bo twórca musiałby uważać, by nie zrobić z przestępców bohaterów i by zbrodnia pozostała zbrodnią, a nie wielkim planem wielkiego umysłu. W kwestii prawdziwej opowieści o Dawoodzie wzorem pozostaje dla mnie „Black Friday”. Oszczędny, dokumentalny, skupiony na faktach. Wstrząsający.
      „OUiM” to popowa bajka o gangsterach. Bez wartości dokumentalnej. Ale sprawnie zrealizowana i przyjemna w odbiorze. Bajka o dobrych honorowych draniach i draniach niehonorowych, rozegrana w dekoracjach retro. Ale przez to, że pozostaje bajką, dla mnie się broni na swojej rozrywkowej półce. Są tu autentyczne tropy, jednak pozostają dla mnie częścią cytatów z epoki. Nie udaje się tu rekonstruowania prawdy, zachowano taki bezpieczny dystans – i nawias – komercyjnej opowiastki. Do drugiej części i ja nie zamierzam sięgnąć – przez tę płytkość właśnie. Był to materiał na jeden film, ale drugi – jest już zupełnie niekonieczny.

  2. Popowa bajka o gangsterach? Uwierzyłbym, gdyby twórcy nie powoływali się co chwila na rzeczywiste pierwowzory bohaterów, na autentyczne wydarzenia. Swoją drogą, żeby oni chociaż to zrobili porządnie! Nawet tutaj zabrakło konsekwencji: z jednej strony udajemy, że robimy film o Dawoodzie i Mastanie (do tego na plakatach dajemy hasełka w stylu „Historia człowieka, którego bało się całe miasto” i „które boi się go nawet teraz”), a z drugiej – kręcimy energicznie główką, że nie nie nie, to przecież wymyślona historyjka, fikcja. W tym momencie cały wątek policjanta przejętego wybuchami w Bombaju traci sens, no bo skoro filmowy bohater to nie Dawood, to co niby ma wspólnego z zamachem z 1993 roku? Bez sensu.
    Poza tym nawet w kategorii „film gangsterski bez pretensji do nadmiernych ambicji” OUATIM to jest jakieś nieporozumienie. Ja nawet nie oczekuję, żeby to był poziom „Satyi” czy „Company”, ale, powiedzmy, jakiegoś „Bhindi Baazaar” (to jest właśnie rozrywkowe kino gangsterskie jak trza). Milan Luthria nakręcił zamiast tego łzawą telenowelę o snujących się niemrawo miśkach i ich mimozowatych dziewczynach.
    Cóż, filmów jego tatusia też nie lubiłem, więc zasadniczo jest tu jakaś konsekwencja.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s