Machines (2016) – Maszyny

Machines, czyli Maszyny Rahula Jaina to jeden z tych solidnych dokumentów, na jakie trafia się na przeglądach poświęconych prawom człowieka – podejmujących ważkie społeczne tematy, o których wygodniej nie pamiętać (choć jest się ich świadomym), a które przebijają się do mediów głównie wtedy, gdy zdarzy się jakiś spektakularny wypadek. Reżyser w swoim pełnometrażowym debiucie pochyla się bowiem nad sytuacją pracowników jednej z gudźarackich fabryk tekstylnych. Prowadzi nas wyłącznie obrazem, co jakiś czas oddając głos swoim bohaterom. Sam pozostaje niewidzialny. Nie ma tu objaśniającego kontekst i sytuację komentarza z offu, nie ma plansz informacyjnych, nie ma muzyki. Reżyser skrupulatnie trzyma się roli bezstronnego obserwatora. Nie podpowiada swojego stanowiska w sprawie. Z nakręconego materiału wyłania się jednak ponury obraz eksploatacji oraz poniżenia, w którym najbardziej poraża to, jak bardzo zakorzeniony jest w codzienności. To norma, której nikt nie kwestionuje. Jeden z pracowników mówi, że nie jest wykorzystywany, bo wykorzystywanie miałoby miejsce wtedy, gdyby ktoś go przemocą zamknął i zmusił do pracy. A to przecież jego wybór, że tu jest. Musi zarabiać, a w fabryce dają mu zatrudnienie.

Jednak system, w którym ludzie harują na dwunastogodzinnych zmianach, bez ubezpieczenia, świadczeń, za niegodziwie niskie wynagrodzenie, w niebezpiecznych dla zdrowia i życia warunkach, trudno traktować inaczej niż eksploatację. Z czego taki stan rzeczy wynika, jaka jest w nim rola polityki rządu, społecznych zawiłości, ekonomii to już inna historia. Twórcy nie podejmują próby objaśniania status quo. I w jakimś sensie to słuszna decyzja. Reżyser tłumaczył pozostanie na czysto obserwacyjnej pozycji tym, że jako pochodzący z uprzywilejowanej klasy, wykształcony za granicą, nie czuł się uprawniony do moralizatorstwa. Skupił się na tym, by po prostu słuchać i pokazywać. A przy okazji sam próbował zrozumieć, czego jest świadkiem.
Bardzo sugestywny jest tu również obraz panujących w fabryce fatalnych warunków. Zakład jawi się jako pogrążony w półmroku labirynt, zagracony relikt dawnych czasów, gdzie nie dotarły techniczne nowinki. Prymitywna maszyneria, odrapane ściany, ponure wnętrza, chmury pyłu, chemikalia, z którymi pracownicy mają styczność bez odzieży ochronnej czy masek. Takiego obrazu można by się spodziewać w ekranizacjach dziewiętnastowiecznych powieści. Kamera pracuje niemal sennie portretując codzienną rutynę, wyćwiczone ruchy, powtarzane przez pracowników jak rytuał. Ale pod tym pozornym spokojem czai się groza. Bo wystarczy chwila nieuwagi, by stało się jakieś nieszczęście. Niewinnie, jak beczki wypełnione dziecięcymi farbkami, prezentują się kadzie pełne niebezpiecznych substancji chemicznych.

Oglądamy pracujące dzieciaki, które powinny móc się uczyć. Oglądamy i takie, które wyczekują na odpady, wylewane bez skrupułów za fabryczną bramę, i wygrzebują z nich to, co da się sprzedać.
Najmocniejsza scena to rozmowa z jednym z zarządzających fabryką. Z porażającą szczerością mówi o pracownikach w sposób odarty z elementarnego szacunku, traktując ich jako bezrozumne stado, które należy trzymać krótko. Ale niewiele szacunku ma też dla swojego niewidocznego dla kamery rozmówcy – nie patrzy na niego, ani w obiektyw, bawi się cały czas smartfonem i odbiera rozmowy.
Pracownicy zaś z rezygnacją poddają się temu rygorowi zinstytucjonalizowanej opresji, nie potrafiąc wspólnie zaprotestować.

Reżyser z operatorem pokazują te obrazy społecznego realizmu z ogromną wrażliwością i artyzmem. Piękno i precyzja kadrów (nagrodzonych zresztą na festiwalu w Sundance) kontrastują z brzydotą pokazywanej rzeczywistości. To też świadomy zabieg, Rahul Jain mówił na spotkaniu z publicznością, że chcieli, by widzowie – mimo ciężkiej tematyki – nie odwracali wzroku. Mówił, że choć jego zdaniem film jako taki nie może zmienić rzeczywistości, to przybliżając jej mniej wygodne aspekty, skłania do myślenia.
Choć końcowa scena sprawia wrażenie dość przypadkowego cięcia i brakuje – szczególnie z perspektywy widza międzynarodowego – choćby krótkiej informacji pokazującej tę fabrykę w szerszym kontekście, na tle innych gudźarackich zakładów, szczerość tego dokumentu, oraz jego zaskakująco przemyślana jak na studencki film forma, zasługują na uwagę.

 

Film był prezentowany podczas festiwalu Millenium Docs Against Gravity.

 

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s