Chauthi Koot (2015) – Strach i wielka historia

ckGurvinder Singh już ze swoim pełnometrażowym fabularnym debiutem, Anhe Ghore Da Daan z 2011 roku, objechał kilka prestiżowych światowych festiwali. Zasygnalizował obecność również pośród indyjskich miłośników kina niezależnego i artystycznego, czego ukoronowaniem było zdobycie prestiżowych Nationali – za zdjęcia, reżyserię oraz najlepszy film w języku pendżabskim. Po tym pierwszym sukcesie długo, bo aż cztery lata, musieliśmy czekać na jego kolejną propozycję. Chauthi Koot, w międzynarodowym obiegu funkcjonujące jako The Fourth Direction (czyli: czwarty kierunek, czwarta strona), Singhowi ponownie udało się pokazać w Cannes – w tym samym roku, w którym Masaan zdobył tam dwie nagrody.
Chauthi Koot w porównaniu z debiutem reżysera jest filmem zdecydowanie bardziej przystępnym. Singh nie szarżuje z poetyckością ani niezrozumiałymi symbolami. Choć nadal w zasięgu jego zainteresowań pozostaje do pewnego stopnia lokalność, nadaje temu bardziej uniwersalny wyraz. Opowieść przesycona atmosferą podejrzliwości, strachu i osaczającej paranoi związanej z polityczno-historycznymi zawirowaniami jest bardziej wymowna niż wycinek z życia ubogich farmerów zaprezentowany z nużącym formalnie zacięciem.
Pendżab, o którym teraz Singh opowiada, to Pendżab lat 80., czas niepokoju i walki indyjskich służb z sikhijskimi separatystami, którego wyjątkowo tragicznym rozdziałem stało się zabójstwo premier Indiry Gandhi i jego następstwa. Nie od razu możemy się zorientować, kiedy dokładnie umiejscowiona jest akcja. W pewnym momencie jednak z bohaterami słuchamy radia i stajemy się doskonale świadomi, że to rok 84. Trwa bowiem szturm wojska na Złotą Świątynię.
Ale nie przyglądamy się wypadkom w skali makro. Nie mamy tu epickiego rozmachu, obrazów zamieszek, zajść w wielkich miastach, nakręconych z setkami statystów scen, do jakich przyzwyczaiło nas Wielkie Kino Historyczne. Pozostajemy na pendżabskiej prowincji. I doświadczamy wszystkiego z perspektywy zwykłej rodziny, niezamieszanej w politykę po żadnej ze stron.

Reżyser sięga po minimalistyczne środki. Co w dużej mierze jest siłą tego obrazu… ale też na dłuższą metę nadmiernie dystansuje widza. Bo napięcie w finale nie ma jak wybrzmieć i nie doczekujemy się adekwatnej emocjonalnie czy estetycznie kulminacji.
Błąd tkwi przede wszystkim w pomyśle na scenariusz. Singh ponownie wziął na warsztat literaturę. O ile jednak w debiutanckim filmie zaadaptował powieść, teraz jedną narracyjną klamrą spiął dwa odrębne opowiadania. Powiązał je za sprawą jednego bohatera. Jugal (Kanwaljit Singh) w pierwszych ujęciach z przyjacielem usiłują późną porą dostać się pociągiem do Amritsaru… Czas jest niesprzyjający, a noc przesycona strachem. Jugal przywołuje więc w pamięci wydarzenia sprzed kilku miesięcy, kiedy pod osłoną mroku zmierzał z żoną i dzieckiem do rodziny. Zgubili drogę, co zmusiło ich, by zapukać do drzwi mijanego właśnie domu. Domu rodziny Jogindera (Suvinder Vicky) – której od tego momentu zaczyna dotyczyć historia. Co działo się z Jugalem od momentu, gdy się pożegnali do chwili, gdy jest nam przedstawiony – nie mamy się dowiedzieć. I też nie potrzebujemy tej wiedzy. Ale niestety, ostatnie sceny z Jugalem i Rajem, do których na chwilę na końcu wracamy, nie pozwalają tej historii wybrzmieć z odpowiednią siłą. Nie rozwiązują misternej fabularnej zagadki. Zabrakło mocnego narracyjnego szwu, uzasadnienia, czemu te dwie opowieści powinny razem wybrzmieć. Choć czytelne są intencje reżysera – że chciał pokazać sytuację przed i po operacji Niebieska Gwiazda. Jednak oba segmenty mają tę samą emocjonalną temperaturę.

Ale nie sposób odmówić Singhowi umiejętności tworzenia sugestywnej atmosfery za sprawą dość prostych środków. Na ekranie z pozoru niewiele się dzieje. Kamera pracuje niemal sennie, nieruchomo, długimi ujęciami. Nie ma tu montażowych fajerwerków. Ale cały czas czuje się podskórne napięcie, a lęk i paranoja nie opuszczają bohaterów – trudno przewidzieć, kto okaże się wrogiem, kto zaś przyjacielem. Nie wiadomo, jakie intencje ma osoba, która puka nocą do twoich drzwi. Świetnie wypada też zestawienie dwóch wizyt – separatystów i indyjskiego wojska. Tu nie ma jednoznacznych dobrych i złych. W słowach i działaniach bojówkarzy, mimo zapewnień o trosce o lokalną społeczność, mimo familiarności, czai się niewypowiedziana groźba. Wojskowi nie silą się na tworzenie jakichkolwiek pozorów. Zjawiają się niczym huragan i nie zważając na starszyznę czy dzieci wywracają dom do góry nogami w poszukiwaniu wrogów.
W segmencie Jugala nietrudno domyślić się źródła wzajemnej nieufności bohaterów stłoczonych na małej przestrzeni, choć nie padają żadne słowa wyjaśnienia.
Zgrabny jest też wątek psa należącego do rodziny Jogindera – którego separatyści nakazują się pozbyć (twierdząc, że wiejskie psy szczekaniem mogą wydać obecność ukrywających się bojowników). Czytać go można jako metaforę – czy to ludzkiego ducha, którego nie tak prosto złamać… czy człowieczeństwa, jakie nadal trwa w bohaterach mimo niesprzyjających empatii czasów.

Dlatego mimo narracyjnych i konstrukcyjnych niedoskonałości – Chauthi Koot pozostaje jedną z tych ubiegłorocznych indyjskich premier (jak to zwykle w przypadku kina niezależnego bywa, do rodzimej dystrybucji trafił rok po światowej festiwalowej premierze), z którymi zdecydowanie warto się zapoznać.

PS Film można obejrzeć na polskim Netfliksie.

2 uwagi do wpisu “Chauthi Koot (2015) – Strach i wielka historia

  1. Czyli temat trochę jak ten pendżabski film z Kirron i Dillitem, którego tytułu se nie umiem teraz przypomnieć, tylko bardziej festiwalowo.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s