Shivaay (2016) – Bez sternika

shivaay-2016-hd-movie-free-download-hd-cam-1Reżyserowany przez Ajaya Devgana Shivaay zapowiadał się na solidne kino gatunkowe. Nie takie co prawda, które eksploruje granice konwencji czy wywraca schematy, ale dostarcza za to porządnej rozrywki. Sążnisty, męski film z rozpędzoną akcją pośród widowiskowych zaśnieżonych szczytów gór. Cóż, aplauz należy się ludziom, którzy tak zmontowali zwiastun, że w tę zapowiedź uwierzyłam…

Ajay Devgn, producent, reżyser, scenarzysta i odtwórca głównej roli zarazem, wciela się w Shivaaya, wychowanego w Himalajach sierotę, samotnego wilka, który prowadzi w góry komercyjne ekspedycje. W wolnych chwilach zaś pyka fajkowe ziele i nader chętnie wyzbywa się brzemienia cywilizacji pod postacią koszuli.
Pewnego dnia w grupie turystów pod jego opiekę trafia piękna Bułgarka Olga (w tej roli nasza krajanka, Erika Kaar). Ta dwójka nieuchronnie wpadnie sobie w oko. A że ich uczucie nie jest niewinne jak biel rozciągających się wokół śniegów, szybko je skonsumują… w przejrzystym namiocie zawieszonym w skalnej szczelinie, do której strąciła go lawina. Nie, nie naigrawam się. Ta scena naprawdę tak wygląda.

Płomienny romans nie potrwa jednak wiecznie. Olga po pewnym czasie wróci do dalekiej Bułgarii. Ale Shivaay nie zostanie sam – będzie wychowywał ich córkę…
Minie dziewięć lat… Mała Gaura odkryje, że choć bliscy twierdzili, iż jej mama nie żyje, prawda jest zgoła inna… A ponieważ wedle najlepszych wzorców wypracowanych przez Manmohana Desaia musi dojść do pojednania rozdzielonych członków rodziny, Shivaayowi nie pozostanie nic innego, jak zabrać dziecko do odległej Europy na poszukiwanie wyrodnej rodzicielki.
Warto jeszcze nadmienić, że Gaura jest niema. Ale jakiegokolwiek fabularnego uzasadnienia czy rozwinięcia tego wątku brak, jakby twórcy ot tak, dorzucili motyw, który dobrze zagrał w Salmanowym Bajrangi Bhaijaan (gdzie scenariuszowo miało to sens).
Próżno tu jednak szukać pogłębionego rysu którejkolwiek postaci.

Zaraz, zaraz… Co wnikliwsi zechcą pewnie zapytać, gdzie ta akcja zapowiadana we wstępie. Cóż… akcji, noszącej znamiona podobieństwa do Uprowadzonej, nie doświadczymy prawie do intermission. Do tego czasu film wlecze się niemiłosiernie, a fatalne dialogi nie ułatwiają widzowi zadania wytrwania w fotelu.
Potem, co jest rodzajem wytchnienia, nastąpi festiwal piętrzących się niedorzeczności. By nie zdradzać sekretów fabuły, powiem tylko oględnie, że Bułgaria okaże się krajem nad wyraz dzikim, terroryzowanym przez szajkę krzywdzicieli dzieci w dziwacznych maskach, dowodzoną przez niecnego niegodziwca zanoszącego się demonicznym chichotem. Na scenę wkroczą jeszcze: urodziwa pracownica indyjskiej ambasady Anushka (Sayesha Saigal), wprowadzona do scenariusza głównie dla sceny w wannie, jej niepełnosprawny ojciec (wybitny reżyser i scenarzysta Girish Karnad, wyraźnie skofundowany, co i dlaczego tu robi) oraz zadurzony w Anoushce haker Wahab (Vir Das) – jako zaplanowany (bez sukcesów) element komiczny.
Shivaay oczywiście wplącze się w łańcuch katastrofalnych wydarzeń, których logikę i ciąg przyczynowo-skutkowy dość trudno ogarnąć.

Gdy uodpornimy się już na nonsensy, bułgarski segment dostarczy trochę rozrywki. Shivaay nabiera sensu wtedy i tylko wtedy, gdy nie ma dialogów czy chaotycznych prób opowiedzenia historii, a wkracza czysta akcja. W tym żywiole – i jako heros nie do zdarcia – Ajay Devgn czuje się pewnie. Śle z ekranu mroczne i magnetyczne spojrzenia, rzuca onelajnerami, a gdy się wkurzy, rozbija wrogów w pył i żelazną pięścią strąca ze swej drogi pędzące samochody.
Gonitwy, pościgi, bijatyki, strzelaniny, wybuchy, roztrzaskujące się szkło czy spektakularne panoramiczne ujęcia w górach wydają się wręcz wyjęte z jakiegoś innego filmu. Wyłącznie w tych sekwencjach akcji widać plan oraz jakąkolwiek kontrolę, której zupełnie brak w prowadzeniu aktorów (szczególnie daje się to we znaki w przypadku dziecięcej gwiazdy) czy budowaniu dramaturgii. Nic się w Shivaay nie składa w spójną całość.

Zdecydowanie zabrakło tu kogoś, kto trzyma całość w ryzach i ukręci łeb co bardziej nietrafionym pomysłom. Kogoś, kto powie „Stary, to nie zadziała”. Krytycznego spojrzenia na szczątkowy i nonsensowny scenariusz. Porządnego montażu (wręcz niewiarygodne, ile sekwencji można rozwlec ponad miarę i ile zbędnych scen, w tym piosenek, upakować). Swoboda twórcza Ajaya – człowieka-orkiestry zdecydowanie zagrała na niekorzyść.
Szkoda zmarnowanych plenerów – zastanawiam się zresztą, po co plakatem i zwiastunem obiecywać góry, skoro rozgrywa się w nich znikoma część akcji (choć z drugiej strony może to i dobrze, jako że wyobrażenie twórców o wyprawach w Himalaje jest cokolwiek komiczne – od zachowania grupy, która w wysokich górach radośnie pokrzykuje, po jej ekwipunek i alkoholowe imprezy w skąpym odzieniu).

O ile jednak z większości wad Shivaay można się po prostu pośmiać, część pomysłów bardziej straszy. Choćby przemowa – czy raczej emocjonalny szantaż – jaką bohater skłania Olgę do urodzenia dziecka. Jego metody wychowawcze. Jak uspokoić rozhisteryzowaną córkę, która właśnie odkryła, że ojciec zataił fakt, że mama żyje? Otóż należy powiedzieć coś w stylu „Ej, no nie miałem wyjścia. Nie chciałem ci mówić, że ona cię w ogóle nie kocha”. By zrekompensować dziecku porzucenie, wystarczy zaś odpowiednia liczba zabawek. Poza tym z filmu płynie subtelna jak cios maczugą nauka, że porządne matki nie zostawiają dzieci. I właściwie gdyby porzucająca matka na dziecko odpowiednio długo spojrzała, to na pewno by zmieniła zdanie. Zastanawiałam się tylko złośliwie, czy narodowość Olgi podyktowana była chęcią wprowadzenia do scenariusza „egzotycznej” bohaterki, czy raczej twórcy uznali, że jeno występne dziewczę z Europy tak łatwo ulegnie Shivaayowi i że żadna indyjska matka nie zachowa się jak ona.

Ajay Devgn już w 2008 r. wyreżyserował U, me and hum (gdzie również grał i produkował). I choć za jego debiutem za kamerą nie przepadam, nie był to film tak dramatycznie zły jak Shivaay. Przyznam też, że tęsknię za Ajayem-aktorem z czasów Omkary i Yuvy. Gwiazdor z Singham trochę mi się przejadł.

5 uwag do wpisu “Shivaay (2016) – Bez sternika

  1. W pierwszej chwili przeczytałem tytuł: „Bez stanika” – ani chybi za sprawą epokowej kreacji naszej eksportowej gwiazdy. W zasadzie trudno napisać cokolwiek sensownego o tym filmie, ponieważ każda próba streszczenia „Shivaay” skutkuje popadnięciem w jakieś przepaście absurdu. Ot, chociażby scena, w której para bohaterów konsumuje uczucie w wiszącym nad przepaścią namiocie – tak, to rzeczywiście wygląda tak niedorzecznie. A do tego jeszcze (dorzucę detal pominięty litościwie przez Gospodynię) koleżanka Bułgarka ma w tym momencie złamaną nogę, co absolutnie jej we wspomnianej konsumpcji nie przeszkadza. Taka jest siła miłości, o!
    Zastanawiam się, czy Bułgarzy nie protestowali jakoś po premierze Ajayowego dzieua. Bo faktycznie z „Shivaay” wyłania się obraz tego kraju jako jednej wielkiej dziczy, gdzie nic, tylko przemoc i korupcja. I handel żywym towarem. Wiele, wiele pytań rodzi się w człowieku podczas oglądania tego filmu, a niestety w parze z nimi idzie świadomość, że odpowiedzią na większość z nich będzie: „Bo tak”. Ewentualnie „Bo tak było taniej”. Dlaczego dziewczynka jest niemową? Bo tak (realizatorom ewidentnie odpadł problem uczenia dziecka mówienia w hindi). Dlaczego Polka gra Bułgarkę? Bo tak. Dlaczego w „Shivaay” tak niewiele scen w górach? Bo taniej kręcić na równym. I tak dalej, i tak dalej. W sumie sam bohater najcelniej podsumowuje temat. Na pytanie: „Dlaczego masz imię, które kończy się na Y?” (czytaj: łaj) odpowiada „Why not?”. I koniec.
    Można się oczywiście zastanawiać, co w takiej chale robi Girish Karnad, aczkolwiek jemu akurat zdarzało się grywać nawet w gorszych knotach (był szefem Salmana w „Ek Tha Tiger”, hellooou!). Na pewno fajnie być wybitnym dramaturgiem, ale z czegoś jednak te rachunki trzeba płacić, nie? Można się zżymać, widząc ewidentny kretynizm i niewdzięczność shivaayowego dziecięcia (że też on jej na końcu nie zepchnął w jakąś przepaść), choć ten wątek akurat niewolniczo stara się iść śladami z „Uprowadzonej”. Można też próbować dociec, co zażywał Ajay Devgn w chwili, gdy wpadł na pomysł, by w ogóle nakręcić ten film.
    Mnie zaś dręczy inna kwestia. Obejrzałem obydwa filmy typowane na diwalowe hity, czyli „Shivaay” oraz „Ae Dil Hai Mushkil” i do tej pory nie mogę zdecydować, który z nich był gorszy. Ale też nie zaprzątam sobie tą kwestią głowy nadmiernie.

    • Ta, trawestując dowcip z dzieua chciałam recenzję zakończyć rozdzierającym pytaniem „Ajayyy whyyyyy?” :D

      Też mi przyszło do głowy, że dziewczynka nie radziła sobie z hindi, ale przecież oni z upodobaniem dubbingują.

      A co do Polki grającej Bułgarkę – rzuciło mi się, że imię i nazwisko bohaterka ma brzmiące raczej polsko. Pamiętam, że pierwotnie Ajay miał kręcić w Polsce, ale zima u nas wtedy nie dopisała i zmieniła się lokacja. Zatem o mały włos, a my byśmy byli tym dzikim krajem;). Może „Olga Baranowska” została z polskiej wersji scenariusza. Jak autobus numer 68 do King’s Cross w „Kicku” śmigający przez Warszawę;)?

      I „Ek tha tiger” proszę mnie się tu nie czepiać. W porównaniu z „Shivaay” to mistrzostwo świata:).

  2. Szkoda, że Shivaay Cię nie usatysfakcjonował. Liczyłam właśnie na sceny w górach, więc i ja się pewnie rozczaruję. I tak obejrzę, tak dla sprawdzenia ;)

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s