M.S. Dhoni. The Untold Story (2016, M.S. Dhoni: Historia nieopowiedziana)

m-s-_dhoni_-_the_untold_story_posterTa opowieść aż prosiła się o przeniesienie na ekran. Kino popularne uwielbia przecież inspirujące historie o marzeniach oraz sięganiu po niemożliwe. A te najbardziej niewiarygodne i zaskakujące scenariusze pisze życie.
Droga zaś, jaką przebył MS Dhoni, jest tak filmowa czy wręcz baśniowa, że gdyby wszystko nie wydarzyło się naprawdę, trudno by było dać temu wiarę.
Skromny chłopak z niewyróżniającej się rodziny z klasy średniej, z prowincjonalnego miasteczka w ubogim stanie, który początkowo nawet nie myślał o grze w krykieta, stał się najbardziej utytułowanym kapitanem indyjskiej krykietowej reprezentacji i doprowadził drużynę do zwycięstwa w Mistrzostwach Świata w formacie ODI po 28 latach od ostatniego triumfu.

To zwycięstwo, choć minęło już pięć lat, a w ubiegłorocznej edycji najważniejszych krykietowych zmagań nie udało się go powtórzyć, nie przestaje poruszać zbiorowej wyobraźni, i być chwilą wyjątkowej dumy, spełnionych nadziei oraz powszechnej i jednoczącej radości. Nie bez przyczyny reżyser, Neeraj Pandey, uczynił je klamrą narracyjną swojego filmu – otwierają go i zamykają ujęcia z finału na mumbajskim stadionie Wankhede.
I to nic, że doskonale wiemy, co się wydarzy. Bo ten mecz jest jak ulubiona opowieść, która nie przestaje nudzić. Gdy słyszy się ją po raz pierwszy, wstrzymuje się oddech i zamiera w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Później – po wielokroć można wracać do punktów zwrotnych, a ich ukoronowaniem jest widowiskowy strzał, jakim kapitan przypieczętował zdobycie najważniejszego z pucharów.
Właściwie na tym opiera się cały film – na skondensowaniu momentów, jakie pozostają żywe w fanowskiej wyobraźni. Twórcy obiecują w podtytule, że opowiedzą nam historię nieznaną. Ale naiwnością byłoby myśleć, że tak się w istocie stanie. Na historię, jakiej nie znamy, jeszcze za wcześnie. Bo jej bohater wciąż gra i wciąż przewodzi drużynie w dwóch formatach. Bo nadal skwapliwie chroni swoją prywatność. Bo kontrowersje podzieliłyby publiczność. Bo zamieszanie się w kwestie polityki, dyskusyjnych powiązań finansowych, niesławnych afer związanych z korupcją, ustawianiem meczów mogłoby się okazać puszką Pandory.

Nie jest to zdecydowanie seans dla przypadkowego widza. Bo wiele kwestii pokazano tu dla osób, które wiedzą, co i dlaczego się w danym momencie wydarzyło (choćby moment, gdy w parosekundowej migawce pojawia się Chennai Super Kings). Nie tłumaczy się też, co wyjątkowego wniósł M.S. do gry czy jak zmienił postrzeganie roli wicketkeepera – bo przecież to dla kibiców oczywiste. Niezorientowanych ominie mnóstwo smaczków. Choćby to, jak ogromną pracę wykonał Sushant Singh Rajput, by przeistoczyć się w Dhoniego. Do tej pory nieszczególnie ceniłam tego aktora. I owszem, w scenach dramatycznych wypada chropawo. Ale znakomicie oddaje język ciała i ekspresję osoby, w którą się wcielił. Przy czym nie są to oczywiste gesty, a takie, które się zaczyna rozpoznawać po godzinach oglądania meczów i pomeczowych konferencji prasowych. Z fascynacją obserwuje się, jak się porusza i zachowuje na boisku.
Wykorzystano wiele archiwalnych nagrań ze stadionów (w które wmontowano Sushanta), zatem każdy ma szansę zobaczenia jakiegoś swojego ulubieńca. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, że nie może zabraknąć Sachina.
Wiele uciechy dostarczą też epizod z młodym Yuvrajem Singhiem, historia popisowego uderzenia Dhoniego, jak też lekko kpiarskie przypomnienie licznych kontraktów reklamowych zawodnika.

Film Pandeya to urocza i budująca laurka. Zrealizowana lekko, z humorem, bez nadmiernie ponurych nut, ze szczyptą romansu, do śmiechu oraz głównie tych pozytywnych wzruszeń.
Stworzona dla kibiców, ku ich rozrywce, bardzo taktownie i zachowawczo. Przeciwników Dhoniego nie przekona. Zainteresowanym tym, co się dzieje za drzwiami władz krykietowej federacji czy decyzjami selekcjonerów, nie dostarczy wglądu. Nie zdradzi tajemnic drużyny ani nie zweryfikuje pogłosek o personalnych konfliktach. Nawet media i kibice, którzy w jedną chwilę potrafią przejść drogę od miłości do nienawiści, nie zostaną tu srogo potraktowani. Podobnie jak federacyjni włodarze. Gdy zaś w jednej ze scen będzie pokazana rozmowa dotyczącej konieczności podjęcia trudnych decyzji dotyczących składu reprezentacji, z uwagi na kiepską formę i fielding trzech zawodników, nie padną ich nazwiska (choć widownia i tak będzie doskonale widzieć, o kogo wtedy chodziło). Rozmaite problemy, z jakimi się musi mierzyć kapitan czy aspirujący zawodnik, są tylko delikatnie zasygnalizowane. Niejako to powrót do czasów niewinności – wizji sportu dżentelmenów, wolnego od afer. I czasów, gdy Indie rozgrywały mecze z Pakistanem nie tylko wtedy, gdy w oficjalnych turniejach trafiły na siebie w losowaniu.
Sam Dhoni – po seansie pozostanie postacią tak enigmatyczną jak do tej pory. Naturalnym talentem, o niekonwencjonalnej, acz skutecznej technice. Znakomitym przywódcą, strategiem gry obdarzonym niebywałą intuicją, zdolnym do dokonania niemożliwego i zainspirowaniem do tego samego drużyny. Opanowanym i spokojnym nawet w najbardziej newralgicznych momentach meczu. Twórcy nie pokusili się o próby dociekania, co za tym stoi. Co właściwie ukształtowało osobowość tego niezwykłego zawodnika. Uchylają tylko rąbka tajemnicy jego życia prywatnego – i nie zdradzają przy tym niczego, co nie byłoby publicznie wiadome.

Pomimo wszelkich moich zastrzeżeń, widzę w tym filmie – i pomyśle, jaki mieli na niego twórcy – coś niezmiernie istotnego. Szczególnie, że to głównonurtowe kino, które dociera do jak najszerszej publiczności.
Wielokrotnie podkreślany jest tutaj życiowy pragmatyzm. Konieczność zdobycia dobrego wykształcenia i godziwego zawodu. Takiego, który zapewni życiową stabilizację i możliwości większe niż te, jakie mieli rodzice. Kariera w sporcie – choćby właśnie krykiecie – to nie przyszłość, jakiej zwykle ojcowie chcą dla swoich dzieci. Ale Dhoniemu się udało. Postawił na pasję, choć na pewnym etapie wymagało to odcięcia asekuracyjnej liny. Znam z opowieści indyjskich kolegów i ich znajomych wiele historii, które potoczyły się inaczej – tam zwyciężył pragmatyzm. Bezpieczny zawód i dający go rozsądny kierunek studiów. A w efekcie rozczarowanie i tęsknota za robieniem tego, co się kochało. Jeśli ta opowieść choć jednej rodzinie przypomni, że warto dać szansę marzeniom, niekoniecznie tym sportowym, wolę tuzin takich filmów niż jeden pogłębiony.

Na Dhoniego koniecznie trzeba się wybrać do kina i obejrzeć go w gronie innych krykietowych kibiców. Bo panuje atmosfera niczym na meczu. A w kluczowej scenie można się poczuć, jakby Indie znów zdobyły Mistrzostwo Świata. Fanka we mnie jest uszczęśliwiona, nawet jeśli kinomanka marudzi.

O innych indyjskich filmach o krykiecie możecie przeczytać tutaj.


Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s