Umrika (2015) – Listy z odległej ziemi

umrikaUmrika Prashanta Nairareżysera, który w długim metrażu zadebiutował dobrze przyjętą niezależną komedią Delhi in a Day, na ubiegłorocznym festiwalu w Sundance zdobyła nagrodę publiczności (w tej samej sekcji, w jakiej właśnie wyróżniono Córki dancingu Agnieszki Smoczyńskiej). Nad scenariuszem Nair pracował w ramach warsztatów Sundance Mahindra Lab – gdzie miał znakomite towarzystwo innego projektu, który w tym roku poza zwyczajową rundą festiwalową mogliśmy zobaczyć w indyjskich kinach: Margerita with a Straw.

Reżyser zaprosił do współpracy doświadczoną międzynarodową ekipę: montażystkę (Patricia Rommel), dźwiękowca (Christian Conrad), operatorkę (Petra Korner), chcąc opowiedzieć swoją mocno osadzoną w indyjskim kontekście historię tak, by była czytelna dla międzynarodowej publiczności. I cel udało mu się osiągnąć.

O ile w Delhi In a Day przyglądał się ironicznie współczesnym Indiom, teraz cofnął się kilka dekad do lat 70. i 80. „Umrika” to zniekształcona w lokalnej wymowie angielska „America”. Dla bohaterów coś więcej niż tylko nazwa kraju. To symbol statusu, wyjątkowego stylu życia, synonim powodzenia i niemal mityczna kraina, gdzie można stać się kimś i wszystko jest możliwe. Właśnie tam wyrusza z zagubionej w górach wioski Udai (Prateik Babbar), szukać szczęścia i dobrobytu. Stęskniona i dumna rodzina dostaje ilustrowane fotografiami listy, opisujące cuda i ekscentryczności jego nowego domu. Młodszy brat Udaia, Ramakant, dorasta, chłonąc te egzotyczne opowieści – o śniegu, amerykańskich zapasach czy toaletach. Dla całej mikrospołeczności mieszkańców wioski każdy kolejny list to wydarzenie nie mniej doniosłe niż wizyta objazdowego kina, okazja do wspólnej celebracji, wymiany myśli oraz okno na świat.
Gdy Ramakant (znany z Życia Pi Suraj Sharma) podrasta na tyle, że sam mógłby opuścić dom, zaczyna wątpić, czy jego brat naprawdę napisał te wszystkie listy, i postanawia go odnaleźć. Rusza więc do wielkiego portowego miasta, skąd Udai wyprawiał się do Stanów. Początkowo historia utrzymana jest w żartobliwym i lekko baśniowym tonie. Prowincja, a więc i dzieciństwo, są sielskie, sportretowane w ciepłych, słonecznych barwach, to czas, gdy ludzie są pomocni i przyjaźni, codzienność zaś obfituje w drobne radości. Wraz z dojrzewaniem Ramakanta zanika komediowa nuta. Chłopak poznaje ciemniejszą stronę życia – nic już nie wydaje się proste i łatwe, a wielkomiejska rzeczywistość przytłacza. Kadry stają się ciemne, mroczne, a niezobowiązujący humor ustępuje miejsca bardziej dramatycznym nastrojom. A Ramakant będzie się musiał zmierzyć nie tylko z trudami „prawdziwego życia”, lecz także własnymi aspiracjami, wyniesionym z domu bagażem doświadczeń i przede wszystkim mitami.

Chociaż Prashant Nair wybrał koloryt lat osiemdziesiątych, świetnie zresztą podkreślony zdjęciami na szesnastomilimetrowej taśmie, rozbrzmiewającymi w tle kawałkami Ushy Khanny czy Laxmikanta i Pyarelala, to pytania, jakie stawia, odnieść można szerzej. Co stoi za czyjąś decyzją o migracji? Etos by do czegoś w życiu dojść, presja sukcesu są mobilizujące czy hamują i ograniczają? Na ile w rzeczywistości pragniemy tego, czego wydaje nam się, że pragniemy? Wplata w to słodko-gorzką opowieść o rodzinnych więziach, trudnych decyzjach, jakie trzeba podjąć, by chronić siebie i bliskich, szukaniu własnej tożsamości. I na najbardziej oczywistym poziomie mówi o stereotypach, śmiesznostkach i nieporozumieniach, jakie mogą wyniknąć ze spotkania kultur.
Nair sarkastycznie traktuje wyobrażenia swoich bohaterów o Ameryce jako wyjątkowej czy upragnionej ziemi. Co jakiś czas nachodzi ich refleksja, co właściwie czyni to miejsce szczególnym – gdy sceptycznie przyglądają się przesłanym fotografiom i zastanawiają, w czym na przykład amerykańskie psy mogą być lepsze od ich własnych. Bezpieczniej jednak nie zastanawiać się za długo. Bo śnienie o iluzorycznej krainie, gdzie życie jest łatwiejsze i bardziej barwne, to doskonały zawór bezpieczeństwa.

Nair dbając o to, by jego film był jasny dla festiwalowej widowni, nie unika bynajmniej lokalnych smaczków. I tak dostajemy kapitalną scenę, gdy mieszkańcy wioski oglądając Indianę Jonesa i świątynię zagłady (gdzie, gwoli przypomnienia, głównego złego gra sam Amrish Puri), miast kibicować bohaterowi, pokrzykują z irytacją: „Ej, cudzoziemcy, wara od naszego brata”. Upływający czas odmierzają istotne wydarzenia anonsowane w radiu – w tym pamiętny wypadek Amitabha na planie Coolie. Pojawi się też – a jakże – drobny hołd dla Sholay.

Bohaterowie Umriki na różnych poziomach i z różnych przyczyn decydują się fałszować rzeczywistość. Reżyser jednak na dobrą sprawę nie pozwala im stawić jej czoła. Sam woli trzymać się pogodnego, choć podszytego melancholią kina, niż potraktować temat głębiej. Ale też nie mami, że próbuje nam opowiedzieć poważniejszą historię.

 

Wszystko przez Twittera – wywiad z reżyserem Umriki, Prashantem Nairem

3 uwagi do wpisu “Umrika (2015) – Listy z odległej ziemi

  1. Pingback: Wszystko przez Twittera – wywiad z Prashantem Nairem | Hunterwali

  2. Długo to trwało, ale wreszcie podszedłem do „Umriki” i teraz żałuję, że tyle czasu zwlekałem. Najbardziej się bałem, że film okaże się ciągiem obrazków obyczajowych, które nie składają się w żadną zwartą opowieść (ostatnio czymś takim oberwałem, próbując obejrzeć w Netfliksie „Sunrise” z Adilem Hussainem – nie tykać tej padliny nawet dwumetrowym kijem!). A tu niespodzianka. „Umrika” okazała się bardzo przemyślaną, zwartą historią z początkiem, środkiem i końcem. I jakimś cudem, choć akcja toczyła się niespiesznie, udało się uniknąć dłużyzn. Bardzo podobało mi się rozwiązanie wątku starszego brata (bo obawiałem się, że uderzą w jakieś płaczliwe tony), choć w sumie trudno mi było uwierzyć, że przez te wszystkie lata nie dał nawet znaku życia. Jak się tak temu przyjrzeć na chłodno, to wyjdzie na to, że braciszek okazał się niezłą szują. Choć z drugiej strony od takiej trzaśniętej mamusi każdy by chyba chciał uciec.
    Dużo było uroczych rzeczy w tym filmie. „Śole” oczywiście (które, jak wiadomo, są wszędzie), Indiana Jones (i kolektywna obrona Amrisha), lecące w tle piosenki… I ten słodko-gorzki finał. Gdzie wcale nie jest tak do końca powiedziane, że to wszystko się dobrze skończyło. Świetna rzecz, więcej takich „Umrik” poproszę.

    PS: Z takich małych, kameralnych filmów, które zostają na później z człowiekiem, polecam po raz kolejny „Patang”. Jak to oglądałem, to cały czas się zastanawiałem, po cholerę ja na to właściwie patrzę. A teraz bardzo dobrze te latawce wspominam. No i Nawazuddin w obsadzie.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s