Jal (2013) – Tylko flamingów żal

Jal_Movie_Official_PosterGirishowi Malikowi, dla którego Jal to reżyserski debiut, nie można odmówić ambicji. Chciał spróbować czegoś oryginalnego, poeksperymentować z narracją, estetyką, uwikłać swoich bohaterów w szekspirowski konflikt. Ale, jak mawiają, dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Twórcy zabrakło bowiem zarówno konceptu, co właściwie za historię chce opowiedzieć, jak i najzwyczajniej w świecie umiejętności oraz warsztatowych podstaw. Zawodzi tu bowiem niemal wszystko – z fatalnym scenariuszem na czele. Film nagrodzono co prawda Nationalem za efekty wizualne – trudno jednak wykrzesać entuzjazm dla dość przeciętnych renderingowych sztuczek użytych dla pokazania skłębionych burzowych chmur i pustynnych piasków.
A mogło być nawet ciekawie… Rzecz rozgrywa się na malowniczym Pustkowiu Kutch. Woda stanowi tam o przetrwaniu, a więc od jej dostępności zależy wszystko. W tym trudnym, surowym terenie szczególnie cenne są więc umiejętności Bakki (Purab Kohli), samozwańczego Wodnego Boga, który potrafi odnajdywać podziemne źródła. Dostajemy opowieść o jego wielkim sukcesie i… równie spektakularnym upadku. W tle zaś rywalizacja sąsiednich zwaśnionych wiosek, uczucie na przekór tradycji pomiędzy Bakką a mieszkanką owej wrogiej osady, ludzka zawiść i namiętności oraz… umierające flamingi. Tak, to nie pomyłka (a przynajmniej nie moja).

Oto zasiedlone przez migrujące flamingi miejscowe okresowe jezioro przyciąga ekipę zagranicznych naukowców (wyborni kandydaci do jakiejś grupowej antynagrody aktorskiej), wśród których prym wiedzie Rosjanka, o słowiańskim imieniu Margaret, posługująca się koszmarnym angielskim, ale za to z wdziękiem nosząca skąpe szorty i obcisły top (idealny strój dla badacza terenowego na pustyni, czyż nie?). Okazuje się, że ptakom coś szkodzi –  co pani naukowiec stwierdza, gdy znienacka nachodzi ją chęć, by popływać (kolejna najnaturalniejsza pod słońcem czynność dla samotnej kobiety na indyjskim pustkowiu). Dno jeziora jest zasłane martwymi pisklętami.  Ornitolożka ogromnie się sprawą frasuje i postanawia sprowadzić ciężki sprzęt hydrauliczny, by skrzydlatym ulubieńcom dostarczyć z podziemnych ujęć  wody w słusznych ilościach – bo niedobór, jak dedukuje, jest przyczyną dramatu. Nieszczęśni wieśniacy zaś w swych wodnych poszukiwaniach skazani są na siłę własnych rąk. A na wypadek gdyby jakiś nieuważny widz nie załapał subtelnej aluzji, bohaterowie przy więcej niż jedna okazji napomykają, jacy ci przybysze dziwni, że los flamingowy bardziej ich obchodzi niż ludzki. Ale też motyw eko (pro czy anty – trudno się połapać) nie jest wiodący. Właściwie trudno takowy odnaleźć, bo reżyser skacze z wątku na wątek, i pakuje do tego filmowego worka wszystko, co mu tylko w duszy zagrało (z przaśnymi komentarzami wieśniaków na temat atrakcyjnej pani ornitolog, gwałtem, przebiegłą intrygą, zazdrosnym draniem i skradzionymi klejnotami włącznie). Historia mota się w kolejne węzełki klisz, a nieudolne próby osiągnięcia coraz bardziej dramatycznego efektu dają efekt wprost przeciwny.

Girish Malik najwyraźniej zapatrzył się też w kino arthouse’owe i zamarzyła mu się wysmakowana estetyka. Ale bliżej mu do klipów reklamujących biura podróży – gdy epatuje przyrodniczymi ujęciami, które powinny raczej trafić do dokumentu na Discovery. Albo Hustler TV – gdy umęczonej po zbłądzeniu na pustyni pani ornitolog, niezmiennie w skąpych szortach i topie, pozwala odnaleźć studnię i polewać się obficie wodą po dekolcie. A i miłośnicy Travel Channel znajdą coś dla siebie – w scenach rytuałów towarzyszących odnajdywaniu przez Bokkę wody (acz przyznać muszę – te są całkiem udane) czy malowniczych kostiumach. Litościwie nie powinnam wspominać o ukłonie wobec pasjonatów horroru – bo sekwencja pływania pod wodą, gdy Margaret trafia na martwe flamingowe pisklęta, dla odmiany wypada nieco upiornie. Całość sprawia wrażenie, jakby operatorem był student, któremu podarowano do zabawy nazbyt drogą kamerę, i tak się tym podekscytował, że musiał użyć każdego możliwego filtra i efektu, bez zastanowienia nad spójnością wizji.

Na pocieszenie mamy przyzwoitą muzykę. I morał. Jak z Kashyapa czy Bhardwaja – otóż ludzie są źli i podli. Tylko flamingów żal.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s