Hellaro (2018) – Taniec do wolności

Gudżarackie Hellaro w dużej mierze korzysta z elementów, które w powszechnej świadomości przypisuje się kinu indyjskiemu – może wręcz się wydawać filmem skrojonym pod miłośników tradycji i konwencji, mającym zaczarować odbiorcę feerią barw, żywiołowymi choreografiami, tradycyjnymi strojami i melodiami oraz czerpaniem z estetyki folkloru w stylu kampanii reklamowych Incredible India. O dziwo to nie zarzut, bo film robi z tego wszystkiego wyśmienity użytek, a reżyser – w przeciwieństwie do Bhansalego – widzi granicę, poza którą popada się w przestylizowany banał. Jednak choć opowiada tradycyjnie, do tego historię osadzoną pięć dekad temu w hermetycznej społeczności niewielkiej wsi, to prezentuje zupełnie współczesny sposób myślenia. Hellaro wpisuje się bowiem w nurt kina poświęconego emancypacji kobiet, które przygląda się bacznie głęboko zakorzenionym w społeczeństwie schematom myślowym i mimo „kostiumowego” anturażu ma punkty odniesienia tu i teraz. Ważką tematykę zaś serwuje w wyjątkowo lekki, co nie znaczy lekceważący sposób. Podobnej bezpretensjonalności próbowano kilka lat temu w Parched, które również mówiło o grupie wiejskich kobiet szukających niezależności, ale twórcy nie potrafili wyważyć proporcji pomiędzy kinem niezależnym a popularnym, ani stworzyć przekonującej historii i pełnokrwistych postaci. Abhishekowi Shahowi, dla którego to reżyserski (i scenariuszowy) debiut, udało się uniknąć mielizn. A fabuła opiera się na prostym, ale nośnym pomyśle, by wykorzystać taniec jako… narzędzie wolności.

Mamy rok 1975, odległą wieś w gudżarackiej prowincji Kaććh. Wieś to zbiorowisko prostych glinianych chat, ze ścianami wymalowanymi tradycyjnymi wzorami i stożkowatymi dachami. Wokół rozciągają się bezkresne pustkowia. Krajobraz jest nieprzyjazny i pustynny, ze słońcem wypalającym rdzawe, gnane wiatrem piaski. To, kiedy rozgrywa się akcja, zgadujemy z tytułów filmów opowiadanych młodym mężczyznom ze wsi przez podróżującego do miasta Bhaglo (szczególny entuzjazm budzi ze zrozumiałych względów Bobby, pojawi się też nieodzowne Sholay) oraz komunikatu radiowego – premier Indira Gandhi wprowadziła stan wyjątkowy. Mężczyźni ze wsi wyrażają nawet pewną obawę sytuacją, by po chwili skonstatować, że na tym krańcu świata żaden stan wyjątkowy ich nie dosięgnie. A ktoś kwituje, ku ogólnej zgodzie, że takie są skutki, jak się kierowanie państwem powierzy kobiecie. Od razu mamy więc sygnał, że zmierzymy się ze skostniałym patriarchalnym porządkiem.

W filmowej wsi we wszystkich sferach życia rządzą mężczyźni. Kobiety są skazane na zamknięcie we wnętrzach chat, zajmowanie się domem i dziećmi. Mają nie zadawać pytań i usłużnie podawać małżonkom palone przez nich wieczorami fajki. Oni ustalają zasady, wytyczają rytm codziennych zadań i reguły obowiązujące całą ich społeczność. W ich myśl kobietom wyznaczona jest litania zakazów, nie wolno im choćby haftować (po tym jak jedna z dawnych mieszkanek poważyła się swoimi pracami hafciarskimi zarabiać, a własne pieniądze, jak wiemy, dają niezależność) czy bratać się z młodą wdowa. Nie wolno im też wykonywać tradycyjnej garby – czemu co wieczór z pasją oddają się ich mężowie, podczas gdy one nie mogą nawet opuścić chat. Mieszkanki wsi nie podważają takiego stanu rzeczy, choć wiedzą, że w innych miejscach kobiety tańczą razem z mężczyznami…

Jednak przybyła z miasta nowa żona, Manjhri (Shraddha Dangar), nie będzie miała w sobie podobnej pokory. Zacznie kwestionować narzucone zasady i zadawać niewygodne pytania – choćby wysłuchawszy dyscyplinującej historii o mordzie honorowym na kimś, to sprzeniewierzył się tradycji, co miało zaowocować suszą, pyta przytomnie, czy po zemście spadł deszcz. Jej żywiołowy charakter od razu próbuje utemperować mąż Arjan (Aarav Trivedi). Z miejsca oświadcza Manjhri, że za długo chodziła do szkoły i grozi. by lepiej od razu trzymała się w ryzach, nie zmuszając go do bolesnej interwencji. Jedynym sojusznikiem kobiet wydaje się wspomniany już Bhaglo – którego otwartość wiąże się z wykształceniem. Inteligencja i spryt pozwalają mu delikatnie kierować decyzje wioskowej rady na sensowne tory – tak by mężczyźni myśleli, że dany pomysł wyszedł od nich i że im się schlebia.

Młode kobiety ze wsi codziennie muszą przynosić wodę z odległego miejsca – to dla nich jedyna dyspensa od zwyczajowego zamknięcia. Pewnego dnia rutynę przerwie niespodziewane wydarzenie – znajdą na pustyni półprzytomnego wędrowca Muljiego (Jayesh More) i uratują go od niechybnej śmierci. Mulji jest dholim, bębniarzem. Tak zacznie się emancypacyjna droga bohaterek – Mulji będzie im przygrywał do tańca. Na pozór błaha i beztroska rozrywka ma znaczenie symboliczne. To działanie, które kobiety inicjują same i dla siebie, dające im przyjemność i choć chwilowe poczucie wolności. W tańcu mogą sobie pozwolić na swobodną ekspresję, podczas gdy w każdej innej sferze życia muszą się kontrolować i powściągać emocje oraz pragnienia. Tu na pustyni nie pętają ich społeczne reguły ani męskie oceniające spojrzenia – nawet Muljii nie obserwuje ich tańca, bo gra na bębnie zwrócony do tancerek plecami czy też spuściwszy wzrok. Bohaterki, zasmakowawszy wolności, nie będą już jej się umiały wyrzec. Zgrabnie odzwierciedla to mechanizm nieuniknionej zmiany społecznej, którego nie można powstrzymać, czego życzyliby sobie konserwatyści w imię utrzymania korzystnego dla nich status quo.
Owa „taneczna rewolucja” umiejętnie ujęta jest w ramy fabularne, wpisana w ciąg następujących w wiosce wydarzeń oraz konfliktów między postaciami. Te są wyraziste – choć do czynienia mamy właściwie z bohaterem zbiorowym. Samych bohaterek jest dwanaście!

Ważnym źródłem opresji, chętnie wykorzystywanym przez mężczyzn jako narzędzie władzy, jest w Hellaro religia. Mieszkańcy wsi czczą boginię – i cokolwiek się dzieje, przypisywany jest temu jej wpływ. Oto od trzech lat we wsi nie spadła kropla deszczu i znaczy to, że z jakiegoś względu Matka jest zagniewana i trzeba ją przebłagać. Strach, wstyd i poczucie winy stanowią tu częste narzędzie manipulacji. Kobiety trwają w porządku, który je unieszczęśliwia, bo tak trzeba, bo inaczej sprowadzą na siebie i bliskich nieokreślone nieszczęścia. Często przywoływane jest pojęcie „grzechu”. I grzech jednostki nie dotyczy tylko niej, a kładzie się cieniem na całej społeczności i na całą społeczność sprowadza konsekwencje, co stanowi skuteczne narzędzie tresury i dyscypliny. Choć reżyser nie krytykuje wiary jako takiej – same kobiety rozumieją jej wytyczne po ludzku i empatycznie – lecz instrumentalne z niej korzystanie oraz wszelkie przesądy i ślepą w nie wiarę. Filmowe mieszkanki wsi, gdy naruszają wymuszone na nich zasady, reagują strachem, że robią coś nagannego i kogoś krzywdzą. Ich małżonkowie zaś pogrążeni są w ciągłym samozadowoleniu i poczuciu moralnej wyższości, choć przemoc domowa, małżeński gwałt, alkoholizm są tu powszechnym zjawiskiem.

Te poważne i przejmujące kwestie jednak są tylko subtelnie zasygnalizowane. Shah nie nosi zwierciadła po gościńcu, w hiperrealistycznej konwencji dokumentując patriarchalną społeczną opresję. Jego film należy traktować bardziej jako lekko baśniową, ludową opowieść (zresztą po zakończeniu pojawia się informacja „oparte na folklorze”). To historia o tańcu, który łamie patriarchalne, ale też kastowe nakazy oraz uczy wolności, zrealizowana w sposób niosący nadzieję i potężną dawkę pozytywnej energii. Świetnie łączy elementy rozrywkowe z ważkimi społecznymi treściami.

Hellaro ma doskonałe sceny taneczne, zarówno pod względem choreograficznym (autorstwa Sameera i Arsh Tannów) oraz wykonawczym, jak i realizacyjnym. W tańcu czasem wykorzystane są rekwizyty – miecze w przypadku mężczyzn, a kobiet mosiężne matki, czyli pękate naczynia na wodę. Operator, Tribhuvan Babu Sadineni, zdecydowanie ma oko do filmowania tańca. Zachwyca dobór barw – to, jak nasycone, ciepłe kolory strojów bohaterek odznaczają się na tle monotonii pustyni i surowej rzeczywistości wioski. Kostiumy kobiet to klasyczne gudżarackie ćanija ćoli, o charakterystycznym wzornictwie i kolorach i długie, zakrywające głowę ghunghaty. Mężczyźni zaś noszą falbaniaste kediju i  – i dominuje tu biel zestawiona z czerwienią turbanów. Do tego dochodzi kapitalna, nawiązująca do folkloru muzyka Mehula Surtiego.

Trudno się więc dziwić, że ta kameralna produkcja zebrała entuzjastyczne opinie widzów oraz krytyków i została nagrodzona Nationalem dla najlepszej indyjskiej fabuły za 2018 rok – jako pierwszy film z Gudżaratu.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.