The Lunchbox (Smak curry, 2013) – Smak nadziei

7591325.3W przypadku filmów, o których tu piszę, często zwracam uwagę na aspekt ich uniwersalności. Na to, czy – pomimo lokalnych kontekstów i zakorzenia w obcej z naszej perspektywy kulturze – mają szansę przemówić do szerszej publiczności, dajmy na to zachodniej, niekoniecznie zainteresowanej indyjską kinematografią. (Często filmów w językach „regionalnych” nie chcą oglądać nawet inni Indusi danym językiem się nieposługujący, a co dopiero widzowie zupełnie „z zewnątrz” ). Lunchbox (w polskiej dystrybucji zatytułowany Smak curry) Ritesha Batry to przykład kina, w którym język, jakim mówią bohaterowie, czy odmienność realiów są pozbawione znaczenia. Bo opowieść sięga do powszechnie zrozumiałych emocji i pragnień. Nie ma tu kulturowych kodów, których odszyfrowanie jest niezbędne do odczytania przekazu. Choć świat bohaterów, realia współczesnego Mumbaju, to świat inny, jednocześnie nie jest nadto egzotyczny i w tej egzotyce niejasny, a przez to odległy, dystansujący widza. Wreszcie przyjęta estetyka nie odbiega od tej, do jakiej nawykł europejski widz.

smak-curry-1Historię dobrze podsumowuje kwestia wypowiadana przez jednego z bohaterów – czasem niewłaściwy pociąg zabierze cię we właściwe miejsce przeznaczenia. Bo zaczyna się od pomyłki. Pomyłki, która pomoże zagubionym ludziom przewartościować życie i na nowo odzyskać nadzieję.

Ila (Nimrat Kaur) ma poczucie, że traci kontakt z mężem spędzającym coraz więcej czasu w pracy. Ona zajmuje się domem, oraz córką, i co dzień przygotowuje mu lunch – a dabbawala z działającej w mieście sieci dostawców dostarcza go w specjalnej menażce do odpowiedniego biura. System dabbawali – choć o ogromnym zasięgu – działa ponoć bez zarzutu. W tym wypadku jednak jest inaczej, a przynajmniej tak podejrzewa Ila, gdy małżonek nie docenia należycie specjalnego posiłku. Ila, kierując się starą zasadą, że najprostsza droga do serca wiedzie przez żołądek, by odzyskać mężowskie względy, przygotowała bowiem wyjątkowe danie.
Kolejnego dnia dołącza więc do menażki liścik… I rzeczywiście, okazuje się, że jej obiady trafiają do niewłaściwej osoby – zgorzkniałego wdowca Sajjana (Irffan Khan). Mężczyzna odpowiada na wiadomość, Ila nie pozostaje dłużna, a w końcu zaczynają wymieniać szczere i bolesne listy, w których dzielą się codziennymi niepokojami, troskami czy wreszcie spostrzeżeniami dotyczącymi otaczającego świata. I choć brzmi to jak punkt wyjścia komedii romantycznej, film – pomimo lekkości i humoru – wcale nią nie jest. Tak jak nie jest historią kulinarną – acz jedzenie pokazano tu z niemałą dozą pasji oraz namiętności.

smak curry 2To przede wszystkim opowieść o ludziach, samotności, szukaniu swojego miejsca i „drugich szansach” dawanych przez los. Opowieść o relacjach. Nie tylko niezwykłej więzi rodzącej się między dwójką osamotnionych ludzi. Poznajemy i innych bohaterów, w tym sąsiadkę Ili mieszkającą powyżej, dającą jej rady i użyczającą sekretnych składników posiłków. Nigdy nie widzimy jej na ekranie, a tylko słyszymy, bo kobieta nie opuszcza nigdy swojego mieszkania (rewelacyjna maracka aktorka Bharati Achrekar – niewiarygodne, jak samym głosem można tyle przekazać o postaci, a wręcz sprawić, że widz ją sobie wyobraża).

Jest też Shaikh (Nawazuddin Siddiqui) – nowy pracownik w biurze, gdzie Sajjan spędził ponad trzydzieści lat. Shaikh ma zastąpić odchodzącego niebawem na emeryturę mężczyznę, i ten początkowo traktuje go obcesowo i z niechęcią. Stopniowo jednak Shaikh przełamuje mur, którym od ludzi odgrodził się Sajjan. A rozmowy z chłopakiem, na równi z listami Ili, pomagają mężczyźnie odnaleźć coś, co wydawało się, że bezpowrotnie zatracił.
indeksIrrfan Khan odzwierciedla tę postać ze zrozumieniem i uwagą. Pokazuje zniechęcenie przemieszane z goryczą, ale nie pomija tego, co uśpione i pogrzebane pod odstręczającą maską. Nie zniechęca do Sajjana, sugeruje, że w tym na pozór prostym i nieciekawym człowieku jest tajemnica. I wrażliwość. Nimrat Kaur nie ustępuje mu zresztą pola i – choć oszczędnie, bez melodramatycznych chwytów – z lekkością zaskarbia sympatię i współczucie widza.
Wreszcie to opowieść o wadze porozumienia i dialogu. Paradoksalnie w czasach popularności mediów społecznościowych i licznych narzędzi służących komunikacji, cytując reżysera: bohaterowie uświadamiają sobie, że zapomnieli wiele z tego, co przeżyli, tylko dlatego, że nie mieli z kim się tym podzielić.

Batra, choć ukazuje osobiste dramaty, nie unika humoru i pozwala sobie na żartobliwy dystans wobec bohaterów. Buduje tę historię na równi dialogami, jak też wymowną ciszą, samym obrazem oddając, co dzieje się w jego bohaterach. Nie wpada w pułapkę dosłowności, dookreślenia. Zakończenie pozostawia otwarte. Nie mamy jednak wątpliwości, że to, co się zadziało, zmieniło bohaterów i ich drogę. Do tego dowodzi, że kino utrzymane w optymistycznej tonacji nie musi wcale być – i nie jest – błahe.

tlokDawno też, bo od czasu Dhobi ghat, nie widziałam tak pięknie, a jednocześnie tak prosto sportretowanego Mumbaju. To miasto zwyczajnych ludzi, wiodących zwyczajne życie. Mieszkających w ciasnawych mieszkaniach w odrapanych budynkach, co dzień podróżujących do pracy w zatłoczonych miejskich pociągach. Znużonych, przepracowanych, tkwiących w domach, w ponurych biurach, smutnych i radosnych, rozczarowanych i z nadzieją patrzących w przyszłość. Panie domu, szeregowi pracownicy, uliczni sprzedawcy, dabbawalle, przypadkowi przechodnie, dokazujące dzieciaki z sąsiedztwa... Jest w tym portrecie miasta melancholia i tęsknota… zupełnie jak w postaciach.

Reżyser zresztą tak mówił o swoim filmie:

To także opowieść o Mumbaju, niezwykłym mieście, w którym od 120 lat istnieje wyjątkowy system dostarczania posiłków. Zajmują się tym dabbawalle, specjalni kurierzy, zawożący obiady przygotowane przez żony w domowych kuchniach do pracujących w biurach mężów. Dabbawalle znani są z niezwykłej precyzji – tylko jeden obiad na milion trafia do niewłaściwego odbiorcy.
Mieszkańcy Mumbaju sami są trochę jak takie pudełka z obiadem. Upchani w środkach masowego transportu jak sardynki albo towary na produkcyjnej taśmie, dostarczani są codziennie rano z domów do pracy, by wieczorem pokonać tę samą trasę w drugą stronę. Zmęczeni i bez chwili na refleksję czy marzenia. To wielkie miasto potrafi być okrutne, ale też czasami jest wielce łaskawe.
Historia, którą opowiadam w moim filmie zaczyna się właśnie od tej jednej na milion źle dostarczonej przesyłki z obiadem i pokazuje, że nadzieja często przychodzi z najmniej spodziewanych miejsc. Ten mały cud w wielkim mieście sprawi, że bohaterowie staną się kimś więcej niż tylko pudełkami z obiadem.

4 uwagi do wpisu “The Lunchbox (Smak curry, 2013) – Smak nadziei

  1. Skoro już obejrzałam film to mogę coś napisać:) Nie jestem chyba aż tak urzeczona (myślę, że proma jednak ciut mylą, spodziewałam się po nich bardziej ‚feel good movie’, takiego do pogodnego uśmiechu, a tu jednak najbardziej ta samotność mi wyłazi, nawet jeśli z czasem pokonywana…), ale doceniam klimat, no i aktorów (Irrfan jako prawie-emeryt zwyczajowo bije pozostałych ‚wiecznie-młodzieńczych’ Khanów na głowę, tęsknię za takimi aktorkami jak Nimrat – piękna, ale i taka naturalna, zwyczajna, a większość dzisiejszych gwiazd bolly wygląda jak ‚przebrane’ za zwykłe kobiety – jak już takowe role grają znaczy:P) i wcale się nie zgadzam, że Nawaz to najmniej ważny w tym był, bardzo mi się podobał, bo niewdzięczną trochę rolę dostał, a sprawił, że mimo wszystko, jego bohater nie tylko irytuje (choć też:D), ale i jakąś sympatię budzi. To niełatwe połączenie.

  2. Pingback: Kick (2014) – Autobus czerwony przez ulice mego miasta mknie… | Hunterwali

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s