Ghode Ko Jalebi Khilane Le Ja Riya Hoon (2019) – Delhi (nie)wyśnione

Ten film jest nie mniej zagadkowy niż jego tytuł, który można przetłumaczyć jako Zabieranie konia na dźalebi (Ghode Ko Jalebi Khilane Le Ja Riya Hoon). Znana w kręgach teatralnych reżyserka Anamika Haksar proponuje w nim frapującą hybrydę dokumentu i fabuły i eksperymentuje z formą (konwencjonalne zdjęcia wzbogacone są o animowane sekwencje) oraz strukturą. Z tego względu ogląda się go chwilami bardziej jako instalację z muzeum sztuki współczesnej połączoną z nowoczesnym spektaklem teatralnym i performance’em. Premierowy pokaz odbył się na festiwalu w Sundance w sekcji New Frontier, co już podpowiada, że można oczekiwać awangardowego kina.

Początkowe napisy informują nas, że „film utkano z rozmów i snów złodziejaszków, ulicznych sprzedawców, robotników z małych fabryk, pracowników dorywczych, tragarzy, rikszarzy i wielu innych mozolnie zarabiających na życie w Szachdźahanabadzie w Starym Delhi”. I rzeczywiście, Zabieranie konia na dźalebi to sugestywny, pełen emocji patchwork, stanowiący portret miasta w mieście, na który złożyły się skrawki rozmaitych historii. Ale nie oczekujcie pocztówkowych widoków i sztandarowych delhijskich zabytków. Haksar wiedzie nas do zaułków, przez boczne uliczki z baldachimami ze splątanych kabli elektrycznych, do rozsypujących się domostw i pokazuje ludzi, od których zwykle odwraca się wzrok.

Przez cały film przewijają się cztery główne postacie: rozmiłowany w poezji Akash Jain (Lokesh Jain, również twórca dialogów do filmu i researcher) – przewodnik zabierający turystów na spacery szlakiem dziedzictwa historycznego starego Delhi, kieszonkowiec Patru opiekujący się schorowanym ojcem (znany ze scen teatralnych Ravindra Sahu), sprzedawca uliczny Chhaddami (Raghubir Yadav) oraz Lalbihari walczący o prawa pracownicze osób harujących równie ciężko jak on (keralski aktor teatralny K Gopalan). Głos dostają jednak i inni, artyści ludowi, biedacy, wykorzystywani robotnicy czy żony doświadczające przemocy domowej. Część tych historii jest zaprezentowana w realistycznej stylistyce dokumentu, w części jednak realizm zostaje porzucony, jak w sugestywnej scenie z tragarzem dźwigającym zbyt ciężki ładunek, gdzie wysiłek nabiera symbolicznego wymiaru. Twórcy przyznali, że w trakcie prac nad filmem zwerbowali do występu m.in. bywalców noclegowni, tragarzy z bazaru Sadar i podopiecznych organizacji pozarządowych takich jak Jamghat, zajmująca się dziećmi ulicy. Brak tu linearnej narracji, a scenariusz budują lapidarne sceny z życia wzięte. Przemyślany montaż Paresha Kamdara nadaje jednak tym na pozór niepowiązanym sekwencjom rytm, buduje z nich spójną narracyjną całość. Specyficzny i intrygujący jest też pejzaż dźwiękowy.

W jednym z segmentów Patru postanawia zarabiać pieniądze w ten sam sposób co Akash Jain – oprowadzając turystów. Jednak podczas gdy jego poprzednik skupia się na romantycznych opowieściach o dawnej chwale Miasta Dżinów (serwowanych w przepięknym, melodyjnym urdu), on sam wybiera niesławną teraźniejszość. Klienci są ci sami – zamożni ludzie, poszukujący wyjątkowego doświadczenia turystycznego. Haskar podkpiwa z obecnej podróżniczej obsesji „prawdziwym życiem”. Gdy Patru pokazuje swojej grupie zwiedzających „prawdziwych ludzi”, turyści wydają się skonfundowani i wybici ze swojej sfery komfortu. Jak biała dziewczyna spragniona „opowieści ludowych”, która skonfrontowana z kobietą relacjonującą osobiste tragedie i trudy życia na wsi, szybko prostuje, że takie historie jej nie interesują. Tak samo reaguje, gdy Lal Bihari wspomina o bracie zakatowanym w areszcie. Oba te skrajne obrazy miasta – ten bukoliczny, poetycki, przywołujące bogate dziedzictwo kulturowe i historyczne delhijskiej metropolii, jak i trudna rzeczywistość tych, którzy przyjechali z prowincji w poszukiwaniu lepszego życia, i wiodą je pośród ruin i okrucieństwa, są jednak prawdziwe. Takie jest Delhi, pulsująca stolica kontrastów

Chwilami zaglądamy do snów postaci – i to zupełnie dosłownie. W jednej z początkowych sekwencji oglądamy animowaną Lakszmi sypiącą nagietki na śpiącego mężczyznę. Za chwilę, w zabawnym przejściu między realizmem a symbolizmem, bogini zostaje szturchnięta drzewcem gigantycznego czerwonego socjalistycznego sztandaru, a dwójka bohaterów zaczyna się spierać o wzajemne zakłócanie swoich snów.

Choć wszystkie te zabiegi są ciekawe, film sprawdza się najlepiej, gdy trzyma się przejrzystych struktur narracyjnych i możemy podążyć za bohaterami, nawiązać z nimi i ich historiami więź. Z czasem zawiłe metafory, animowane wstawki i estetyczne eksperymenty tracą urok nowości, pojawia się wrażenie, że może mniej znaczyłoby lepiej. Również czas trwania rozciągnięty do 120 minut to nieco zbyt dużo dla tak eksperymentalnej formuły. Jednak pomimo tych zastrzeżeń dałam się tej pełnej sennych majaków, dziwacznej podróży wciągnąć. To ciekawy przykład twórczej brawury, szukania własnej drogi na przekór przyzwyczajeniom widzów.

 

You’ll find English version of this text here.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.