Biały Tygrys (2021) z Netfliksa – To jest film dla białych ludzi

Biały Tygrys – kolejna z netfliksowych propozycji eksplorujących nieanglojęzyczne rynki, lecz przeznaczonych dla szerszej, globalnej widowni, jest starannie wykalkulowanym produktem. Pierwowzór to nagrodzona Bookerem i tłumaczona na inne języki bestsellerowa powieść, w obsadzie znalazła się indyjska gwiazda dobrze już znana w zachodnim show-biznesie (Priyanka Chopra), a za kamerą stanął amerykański reżyser (acz o irańskich korzeniach) Ramin Bahrani, który swoje niezależne produkcje pokazywał z sukcesami na ważnych festiwalach. Do tego chwytliwy temat, bo po Parasite kwestia walki klas i nierówności ekonomicznych w dalekiej i egzotycznej krainie zwanej Azją stała się bardzo trendy. Historia podana jest w efektownym i lekkostrawnym tonie mrocznej satyry, wyzysk biednych przez bogatych nakreślono odpowiednio jaskrawo, a bohater z wyraźnym antybohaterskim rysem raczy widzów buntowniczymi bon motami.

Zachodni recenzenci entuzjastycznie rozpływają się nad nielukrowanym obrazem „prawdziwych Indii”, w dodatku jakże śmiało „obnażającym system kastowy” i powtarzają niczym mantrę, że Biały tygrys to taki anty-Slumdog – bo bohater nie dostaje prezentu od losu w postaci wygranej w teleturnieju, a bierze ów los we własne ręce. Szkopuł w tym, że „prawdziwość” sprowadza się raczej do tego, co zagraniczna widownia chce postrzegać jako prawdę. A film w gruncie rzeczy jest dokładnie tym, czym był Boyle’owski Slumdog – spojrzeniem z zewnątrz (tylko lepiej zakamuflowanym), obsesyjnie zafiksowanym na biedzie. Na plus jednak warto odnotować, że nikt już się chyba nie dziwi, gdy w filmie brak łez, tańców i piosenek.

Bahrani dość wiernie adaptuje literacki pierwowzór. Balram Halwai (Adarsh Gourav) pod pretekstem pisania listu do chińskiego premiera wizytującego Indie (ma to fabularnie więcej sensu niż brzmi) relacjonuje swoją historię: drogę, jaką przeszedł od mało znaczącego trybiku w społecznej machinie do obrotnego przedsiębiorcy. Nie uśmiechało mu się narzucone poprzez przynależność kastową miejsce w społeczeństwie. Był bystrym uczniem, ale nie mógł spożytkować potencjału, bo wykształcenie wymaga możliwości i pieniędzy. A jego okoliczności zmusiły do rzucenia szkoły i tyrania w rodzinnej herbaciarni. By wyrwać się ze swojej wsi, zatrudnił się u wpływowego posiadacza ziemskiego (Mahesh Manjrekar): został kierowcą wykształconego w Stanach syna pracodawcy, Ashoka (Rajkumar Rao), oraz jego amerykańsko-indyjskiej żony Pinky (Priyanka Chopra). Wcześniej musiał nauczyć się prowadzić auto, więc by móc sobie pozwolić na lekcje, pieniądze pożyczył od babki sprawującej twardą ręką rządy w rodzinie. W zamian oddaje jej potem lwią część zarobków. Praca kierowcy to jednak mało prestiżowe zajęcie: fatalnie opłacane, a dla szefa czy jego brata, którzy nie szanują nikogo, kto nie dorównuje im władzą i pozycją, Balram jest byle popychadłem. Ashok i Pinki mają bardziej ludzki i empatyczny rys. Momentami wydają się oburzeni miejscowymi układami, co jednak nie przeszkadza im też traktować Balrama z wyższością oraz pogardliwym rozbawieniem (czy komentować przy nim jego zachowań po angielsku, bo są przekonani, że nie rozumie). Chłopak przenosi się z pracodawcami do Delhi, lecz wielkomiejski świat nie jest przyjaźniejszy. Ashok i Pinky zajmują wygodny i modny apartament w wieżowcu, miejsce kierowców zaś jest w garażu. Stopniowo w Balramie wzbiera frustracja, która w końcu znajdzie ujście…

Już pierwszy kwadrans Białego tygrysa to montażowa zbitka najpowszechniejszych skojarzeń dotyczących Indii, jakie nasuwają się zachodniemu odbiorcy. Gandhi (tu w postaci pomnika), biedni ludzie śpiący na ulicy, zabłąkana na drodze krowa, a z offu leci Punjabi MC – jednocześnie odpowiednio egzotyczny, jak i swojski, bo to muzyk rozpoznawalny na Zachodzie. Potem jeszcze obrazki wsi z bawołem, glinianymi chatynkami oraz pocztówkowy przegląd świątyń. Poverty porn, przewodnik turystyczny i popowa bhangra, witajcie w tak zwanych Prawdziwych Indiach. Prawda Bahraniego jest szyta grubymi nićmi – każdego, kto dobrze zna Delhi, rozbawią pierwsze sceny. Bo oto jesteśmy w prestiżowej dzielnicy mieszczącej m.in. rządowe budynki – tam nie uświadczymy ani ludzi żyjących na chodniku ani pałętających się krów. Bo o fasadowy prestiż szczególnie się tam dba, co świetnie pokazywał zeszłoroczny Eeb Allay Ooo!.

Kolejna kwestia to język – słyszymy trochę dialogów w hindi, ale w przewadze jednak jest angielski (wiadomo, widza zachodniego nie należy przemęczać za dużą dawką napisów). I miejscami mamy kuriozalne scenki, gdy po angielski konwersują między sobą delhijscy rikszarze.

Bahrani, który jest również autorem scenariusza, wydaje się mało rozumieć Indie oraz tamtejsze relacje kastowe i klasowe. Z jego filmu przebija amerykańskie przeświadczenie, że każdy może daleko zajść, jeśli będzie chciał i próbował. Tymczasem system kastowy i klasowy się to dwie różne sprawy. I prestiżowy zawód, wykształcenie czy majątek niekoniecznie uchronią przed dyskryminacją ze względu na kastę. Mamy tu też mocno uproszczoną, czarno-białą dychotomię biedni vs bogaci. W narracji Bahraniego biedni w dodatku są częściowo obwiniani za swój stan – obrazowo opisany przez zaczerpniętą z powieści metaforę kogutów w klatce czekających na walkę, które nie chcą/nie potrafią się wyrwać. Brak tu niuansowania, świadomości systemowych ograniczeń. W narracji bohatera przytoczony jest choćby przykład rikszarza, który biernie akceptuje swój los i przewozi wózkiem meble warte tyle, ile mógłby zarobić w dwa lata. Tylko co w takim razie ten rikszarz miałby zrobić? To, że dostarczy towar, to żadne tkwienie w klatce, a długoterminowe myślenie o zapewnieniu bytu rodzinie. Bo gdyby meble sobie przywłaszczył i gdzieś pokątnie sprzedał, w dłuższej perspektywie nie uniknąłby tragicznych w skutkach konsekwencji. Jednak taka refleksja nie mieści się w konwencji rzucania efekciarskimi metaforami i hasłami.

Irytujący również jest obraz społeczeństwa, w którym zdolne do empatii czy równego traktowania są li tylko osoby wykształcone czy wychowane na światłym zachodzie (vide Ashok i jego żona). Pojawia się też w tle obraz boomu technologicznego i prężnie rozwijającej się gospodarki, która otwiera przed ludźmi rozliczne szanse. Co znów jest przejawem myślenia w kategoriach amerykańskiego snu. Bo niestety rzeczywistość jest taka, że w ramach owego boomu w Indiach bogacą się ci, co i tak już są bogaci. A sytuacja nieuprzywilejowanych – jeśli się zmienia, to na gorsze. (Bardzo pouczające może być w tym względzie obejrzenie tamilskiego, dostępnego na Amazon Prime, To Let, które pokazuje, jak prężny rozwój sektora IT w Ćennaju doprowadził do tak horrendalnego wzrostu czynszów, że zwykłym ludziom, i to nawet z klasy średniej, trudno jest o znalezienie lokum do wynajęcia).

Z kolei indyjscy znajomi, mocno Białym tygrysem zirytowani, podnosili w rozmowach ciekawą kwestię. Ich zdaniem rzecz może być bardzo szkodliwa społecznie, bo zamiast uczulić na kwestie nierówności ekonomicznych, da bogatym ludziom pretekst, by jeszcze gorzej traktować swoich kierowców czy służących – bo ta historia mówi przecież, że nie należy im ufać. Jedno jednak dobrze się Bahraniemu udaje: pokazanie, że wpływowym i bogatym w Indiach wolno więcej i więcej im uchodzi na sucho.

Po obejrzeniu filmu odświeżyłam sobie powieść, którą czytałam ponad 10 lat temu. Dekadę zdobywania wiedzy o Subkontynencie później nie jestem już pod tak mocnym wrażeniem tej pozycji jak kiedyś. Owszem, dalej doceniam cięty język, dobrze skonstruowaną narrację oraz satyryczny zapał, ale dostrzegam wady, które wcześniej mi umknęły, a które film znacznie wyolbrzymił. Aravind Adiga to przedstawiciel południowej intelektualnej elity, wychował się i wykształcił w Australii, gdzie mieszkał wiele lat (a Bahrani to, przy okazji, jego przyjaciel ze studiów). Spojrzenie autora powieści również nie jest spojrzeniem kogoś z wewnątrz, kto rozumie i czuje sytuację biednych i nieuprzywilejowanych. Bahrani tymczasem jeszcze tę opowieść wypłaszacza, a przytyki wymierzone w korupcję, polityków czy globalizację pozbawione są książkowego pazura. Reżyser zmienia też odrobinę konstrukcję i wprowadza niezręcznie dosłowny finał. Poza tym choć chętnie cytuje ostre komentarze bohatera literackiego, zachowawczo kastruje jeden z ciekawszych i mocniejszych – monolog o bogach i religii z początku powieści. Recenzent First Post Anna MM Vetticad kwituje to, opisując film jako nijaki, powierzchowny, z jednej strony kłaniający się zachodniej widowni, a drugiej – skrajnej hinduistycznej mafii. Problematyczne jest też tempo, bo od połowy Biały tygrys zdecydowanie wytraca impet.

To, co w powieści można było obronić jako uproszczony obraz wynikający z subiektywnej relacji bohatera, na ekranie wydaje się sztuczne. Choćby Ashok wypada karykaturalnie i blado. Rao zresztą zupełnie nie czuje swojej postaci i daje jeden z najgorszych popisów w swojej karierze, snując się od sceny do sceny z miną „Co ja tutaj robię?”. Na plus jednak rozbudowano postać Pinky (a Priyanka aktorsko bardzo dobrze sobie radzi). Niespecjalnie udała się też w scenariuszu postać Balrama – ulepiona ze stereotypów i okraszona przerysowanym image’em, który wydaje się pożyczony od złoli z kina akcji lat 80. Acz Adarsh Gourav robi wszystko, by swojego bohatera uwiarygodnić i nieźle pokazuje socjopatyczny rys wyłaniający się stopniowo spod maski niewinnej i poczciwej twarzy.

Oczywiście, nie brak i indyjskich produkcji, które, choć totalnie oderwane od rzeczywistości, zgłaszają pretensje do bycia opowieściami o prawdziwym życiu i prawdziwych ludziach. Jednak problem z Białym tygrysem firmowanym przez streamingową potęgę polega na tym, że film niczym doppelganger wciela się w produkcję „insajderską” i demaskatorską, zapowiadającą wielki społeczny bunt mas. W efekcie potem w rozmaitych recenzjach można się natknąć na nader frapujące refleksje. Zacytuję – bez komentarza – dwa wyimki z tekstu Dawida Muszyńskiego z portalu „Na Ekranie”.

Ramin Bahrani świetnie oddaje charakter Indii. Ubóstwo na ulicach, wszechobecny brud i klarowny podział na bogatych i biednych. Jakby coś takiego jak klasa średnia nie miała prawa istnieć. Każdy, kto (…) przechadzał się ulicami Waranasi, Delhi czy Mumbaju, wie, że obrazki pokazane w „Białym Tygrysie” są prawdziwe(…). Tam życie ludzkie ma bardzo małe znaczenie.

Ramin Bahrani w swoim filmie pokazuje, że czas w Indiach się zatrzymał i większość ludzi z niższych kast nawet nie wie, co to jest internet. Nie potrafią czytać ani pisać, a zmiany powoli nadchodzą, czy mieszkańcy tego chcą, czy nie.

Cóż… Biały tygrys to tylko kolejna sztampowa produkcja, która pozwala białym widzom utwierdzić się w przekonaniu o własnej cywilizacyjnej wyższości i poczuć lepiej od „egzotycznej” biedoty walczącej wszelkimi chwytami o byt. A ja po raz kolejny odsyłam do obecnego również w zasobach Netfliksa Eeb Alley Ooo!który klasowe i ekonomiczne nierówności bada przenikliwie, a do tego z szacunkiem i empatią wobec swoich bohaterów.

Jedna uwaga do wpisu “Biały Tygrys (2021) z Netfliksa – To jest film dla białych ludzi

  1. Być może to dlatego, że należę do grupy docelowej opisanej w tytule, ale jestem o wiele lepszego zdania o filmie. A może powód jest taki, że Netflix przyzwyczaił mnie do tak potwornie złych adaptacji (tragiczne „Święte gry”, zmasakrowany bez litości „Wiedźmin”, ostatnio jeszcze „Kajko i Kokosz”, brrr), że na ich tle film po prostu przyzwoicie nakręcony jawi się bez mała jako wydarzenie artystyczne.
    Oczywiście to nie znaczy, że „Biały tygrys” nie ma wad, i to poważnych. Adaptacja mocno spiłowała temu tygryskowi pazurki – gdzieś zniknął cały ten jadowity nihilizm narratora i jego gorzkie komentarze. Zaskoczyła mnie (o wiele bardziej, prawdę mówiąc, niż kwestia bezdomnych na ulicy, na której nie powinno ich być) decyzja reżysera, by nie zdradzać widzom prawdy o Balramie. W książce od początku przecież wiemy, że to morderca, który w dodatku po dokonanej zbrodni nie uskarża się na wyrzuty sumienia – i ta świadomość rzutuje nam na wszystko, co robi i mówi, także w przeszłości. Film pokazuje nam chłopaka z twarzą poczciwiny, który jest co prawda intrygantem i cwaniaczkiem, ale w sumie przecież łatwo mu współczuć, bo wszyscy dookoła nim pomiatają. Chyba trochę na siłę próbuje się wpisać „Białego tygrysa” w nurt wytyczony w kinematografii przez „Parasite” i jemu podobne filmy. Przecież bohaterowi powieści Aravinda Adigi nie chodziło o to, by nawoływać do rewolucji, ale o to raczej, by w świecie, w którym rewolucja z założenia jest niemożliwa, urządzić się wygodnie i nie musieć się o nic martwić.
    Zgadzam się, że Rajkummar Rao jest absolutnie nijaki w roli pana Ashoka (a choćby w takim „Ludo” był absolutnie przecudny), a Priyanka swojego filmowego męża bez wysiłku nakrywa kapciem. Wyleciał gdzieś cały wątek małżeńskiej zdrady (zresztą nie on jeden), no i w ogóle nie miałem poczucia, że Balram toczy ze swoim chlebodawcą skomplikowaną emocjonalną grę, jak to było w książce. Wiele jeszcze innych usterek można wytknąć, choć nie ukrywam, wstrzyki pod adresem „Slumdoga” akurat mnie ucieszyły (choć od premiery minęło już tyle lat, nadal nie mogę pozbyć się obrzydzenia do tej kupy ekskrementów).
    Nie rozumiem jednak zarzutu, że powieściowy i filmowy „Biały tygrys” są wypowiedziami ludzi z zewnątrz, występujących w cudzym imieniu. To samo przecież można powiedzieć – i takie oskarżenia padały – o pozycjach z gatunku „parallel cinema”, uchodzących dzisiaj za wybitne. Że wielkomiejskie wykształciuchy przypisują sobie prawo wypowiedzi w cudzym imieniu i jako reprezentanci ludzi prostych, biednych i niewykształconych wypadają kompletnie niewiarygodnie, bo guzik wiedzą o ich rzeczywistych problemach. A poza tym „Biały tygrys” Adigi miał chyba jednak walor bardziej satyry (miejscami wyjątkowo przegiętej) niż dokumentu. Film z tym satyrycznym spojrzeniem radzi sobie gorzej – ale nie wiem, czy wynika to ze słabości scenariusza, czy z tego, że na siłę próbowano upodobnić tę historię do „Parasite” (probably both). Ale z całą pewnością nie nastawiałem się w obu przypadkach na zwierciadło przechadzające się po ulicach Delhi.
    A, i jeszcze jedno. Też odniosłem wrażenie, że „Mundian To Bach Ke” znalazł się w filmie tylko dlatego, że to jedyny znany zachodniej widowni kawałek z Indii. Pamiętam, że jak grałem w „Far Cry 4”, to płakać mi się chciało, jak bardzo po macoszemu potraktowana została oprawa muzyczna. Tyle piosenek można było wrzucić do tej gry, a co się znalazło? Kawałki Bombay Royale (to chyba jedyny zespół, do jakiego dokopali się twórcy), no i oczywiście Panjabi MC. Płakałem.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.