Panchayat (2020) – 1 sezon serialu

Panchayat – nowy indyjski serial na Amazon Prime, wyprodukowany przez wyspecjalizowane w produkcjach internetowych TVF – w reżyserii Deepaka Kumara Mishry, to pozycja zaskakująco zabawna, a przy tym niegłupia. Nie wymaga wygospodarowania szalonej ilości czasu – to zaledwie osiem półgodzinnych odcinków. Łączą się w spójną opowieść, ale każdy z nich tworzy samodzielną anegdotę – zatem spokojnie można je dawkować po kawałku. Rzecz rozegrana jest w komediowym tonie, a tytuł (oznaczający specyficzną organizację władzy lokalnego szczebla na prowincji) słusznie sugeruje wiejską tematykę. Abishek Tripathi (Jitendra Kumar), chłopak z miasta, świeżo upieczony absolwent, znużony bezczynnością w domu z braku lepszych ofert przyjmuje bezpieczną rządową urzędniczą (a więc fatalnie opłacaną) posadkę we wsi Phulera gdzieś w głębi Uttar Pradeś. Jego aspiracje sięgają jednak daleko poza sekretarzowanie w biurze panćajatu: marzy mu się kariera (czy raczej związany z nią prestiż i pieniądze) MBA, ale wpierw musi się przygotować do trudnego egzaminu. Zatem wieś to dla niego tylko tymczasowa przystań, gdzie wcale go nie ciągnie i którą ochoczo porzuci przy pierwszej sposobności. Gdy zwierza się przyjacielowi Prateekowi (Biswapati Sarkar) z rozczarowania najbliższą przyszłością, ten próbuje go zmotywować, mówiąc, że będzie jak Mohan ze Swades. I że poznawszy u źródła bolączki prowincji, w przyszłości może zaimponować potencjalnemu pracodawcy.

Ale żaden z Abisheka błyskotliwy konstruktor z rewolucjonistycznymi zapędami jak z Mohana, a i prowincja niekoniecznie chce być rewolucjonizowana. Ot, senna wieś, z rozsypaną mozaiką podobnych do pudełek domków, małą pastelową świątynką, trapiona codziennymi problemami. Obecność Abisheka, choć przyjęty jest raczej serdecznie, jak ekscentryczny krewny, który wpadł z wizytą, nie robi mieszkańcom większej różnicy. Nie oglądamy więc historii o wykształconym zbawcy, co mocą pozycji i przywilejów zaklnie rzeczywistość, poniesie kaganek postępu i przegna biedę. Abishek właściwie jest antybohaterem: uroczo pierdołowatym, bezradnym wobec swojej zwyczajności, który łatwo poddaje się złości i irytacji. I tych uczuć nie kryje – a Jitendra Kumar fantastycznie wygrywa te emocje: zrozpaczone spojrzenia w stylu „co znowu, nie wierzę” czy  wywracanie oczami na koleje dziwaczne problemy, z którymi jego bohater się musi mierzyć. Od początku nie jest łatwo – okazuje się, że choć oficjalnie – i w myśl parytetów – głową miejscowego panćajatu jest Manju Devi (świetna Neena Gupta, pamiętna z przewrotnej roli w Badhaai Ho), faktyczną władzę sprawuje jej maż, Brij Bhushan (Raghubir Yadav). Biuro panćaju, w którego budynku znajduje się też pokój nowego sekretarza, warunki zapewnia, delikatnie mówiąc, skromne. A jego przyjazd to łańcuch farsowych zdarzeń – zapoczątkowanych tym, że klucz do biura gdzieś przepadł. Abihekowi w ramach jego stanowiska przyjdzie rozsupływać takie węzły gordyjskie, jak płomienna kłótnia małżonków o imię dziecka, „zagrożenie” niesione przez okoliczne nawiedzone drzewo czy oburzenie lokalnej społeczności na wymalowany zgodnie z rządowym nakazem slogan: „dwójka dzieci jest słodka niczym kheer, ale więcej pociech zaboli jak hemoroidy”. Osobom, które z Indiami miały do czynienia, nieraz przyjdzie się uśmiechnąć na znajome zachowania czy sytuacje. Acz część wydarzeń rozbawi – bo doskonale przełożymy je i na własne podwórko.

Bohaterowie to zbieranina barwnych, sympatycznych postaci – które się lubi i akceptuje ze wszelkimi ich śmiesznostkami i niedoskonałościami. Wielka w tym zasługa obsady, która jako cały zespół świetnie wyczuwa konwencję i zgrabnie balansuje między komizmem a dramatyzmem, nie popadając w parodystyczną szarżę. Brij Bhushan w wykonaniu Raghubira Yadava (kapitalny aktor charakterystyczny i weteran sceny) to dobrotliwy człowiek – a nie, jak by można oczekiwać, srogi patriarchalny ciemiężca. Małżonka, pozornie posłuszna, tradycyjna pani domu, która poważne decyzje zostawia głowie rodziny, zawsze znajdzie sposób, by tę głowę zmyć – i drobne spięcia tej pary są przezabawne. Chandan Roy jako Vikas, pracownik biura, świetnie dotrzymuje reszcie kroku.

Panchayat nie rości sobie pretensji do czegoś więcej niż krzepiąca rozrywka, ale pod lekką fasadą przemyca nieco satyrycznej zjadliwości. Obrywa się wszystkim i wszystkiemu po równo – gładkim chłopcom z miasta czy prostodusznym prowincjuszom, motywacyjnym gadkom z internetu, patriarchalnym układom, kumoterstwu, łapówkarstwu, instytucjonalnemu przymykaniu oczy na przepisy (z całą sympatią bohatera, bez szemrania akceptuje zastany stan rzeczy, choć powinien nieraz interweniować) czy nieudolnym działaniom policji – piękna scena, gdy bohater zgłasza zaginięcie sprzętu, ale nie może sobie przypomnieć marki, na co inspektor odpowiada mu, że to nie ma właściwie znaczenia, przecież zgłoszenie to czysta formalność, bo i tak nie znajdą skradzionego przedmiotu. Polityka nieuchronnie jest też przedmiotem kpin – jej funkcjonowanie świetnie podsumowują słowa Brija, który tłumaczy żonie, że nie wygrywa się wyborów, opowiadając się za słusznymi sprawami. A na przykładzie głównego bohatera widać bolączki młodego pokolenia, które musi się wykazać i sprawdzić, co w kraju o tak ogromnej populacji, a co za tym idzie konkurencji, nie jest proste. Nie wystarczy edukacja, nie wystarczy po prostu zdanie egzaminu. Trzeba skoczyć najlepsze uczelnie, a egzaminy zdać z daleko ponadprzeciętnym wynikiem, by wybić się z szeregu i znaleźć posadę, z której rodzina będzie dumna, a nie zostać tylko prostym urzędnikiem zakurzonego biura we wsi, o której nikt nie słyszał.

Twórcy nie wytaczają żadnych ciężkich dział, tylko puszczają do widza oko, ot, taki mamy klimat, cóż począć, więc choć trochę się z tego pośmiejmy – tak jak w swoim czasie śmieliśmy się z filmów Barei. Nie chcą – jak ich bohater – niczego reformować, mówić poważnie i wnikliwie o problemach wsi, korupcji (szczególnie że tu odbywa się ona głównie przy udziale warzyw) czy fasadowych działań typu program planowania rodziny zredukowany do naściennych sloganów, których część adresatów nawet nie jest w stanie odczytać. Panchayat ma przede wszystkim ironicznie bawić, ale też krzepić – bo ludzie okazują się tu poczciwi, chętni by się nawzajem wspierać, a problemy to zaledwie burze w szklance wody, które szybko udaje się zażegnać.

Do tego dochodzą dobre dialogi i duża staranność inscenizacji – ponoć biuro pańcajatu i dom pradhana kręcono w autentycznych udostępnionych filmowcom lokacjach, więc scenografia, kostiumy i rekwizyty nie wydają się sztuczne. Zakończenie pozostało otwarte – zatem można mieć nadzieję, że powstanie kolejny sezon. A postać, którą widzimy na koniec – że do obsady dołączy główna postać kobieca, bo tak, poza epizodami, mamy do czynienia właściwie tylko z Manju Devi.

 

Serial można obejrzeć na Amazon Prime.

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.