Celluloid (2013) – W hołdzie zapomnianym

Oglądam dwa zdjęcia. Monochromatyczne, poprzebarwiane – jak to stare fotografie. Jedno przedstawia przystojnego, JC zdjeciemoże nieco melancholijnego młodzieńca z roziskrzonym spojrzeniem utkwionym w dalekim punkcie ponad obiektywem. Wygląda mi na marzyciela. Drugie to podobizna starszego mężczyzny. Z zapadniętymi policzkami, ustami wygiętymi w grymasie i zrezygnowanym wzrokiem. Gdybym nie miała świadomości, że obie fotografie przedstawiają tę samą osobę, pewnie nie dopatrzyłabym się podobieństwa. To przecież dwie różne twarze… i nie chodzi wcale o zmiany, jakie wyrył wiek. JC lateMężczyzna ze zdjęć to J.C. David, ojciec kinematografii malajalam. Właśnie jemu Kamal (twórca między innymi keralskiego pierwowzoru Dor) poświęcił swój najnowszy obraz, Celluloid. Film, jak i zdjęcia, oddaje przygnębiający rozdźwięk między twarzami Davida. Można go rozbić na dwa segmenty. Pierwszy, przepełniony entuzjazmem i optymistycznym patrzeniem w przyszłość. Drugi to faza rozczarowania. Nie zdziwi to nikogo, kto zna biografię bohatera. Podzielił on los wielu podobnych sobie wizjonerów. Przecierał szlaki, wyprzedzał spojrzeniem sobie współczesnych… po czym odszedł w nędzy i zapomnieniu, nie zyskawszy za życia uznania. Marzył o kręceniu filmów i chciał, by powstawały one w Trawankorze (Kerala oczywiście jako stan wówczas jeszcze nie istniała, nie tworzono filmów w malajalam, prężnie za to rozwijały się inne ośrodki filmowe: hindi, tamilski, bengalski). Spieniężył więc rodzinne ziemie i stworzył studio.

ceel poster fullFilmowego J.C. Davida (Prithviraj) poznajemy, gdy przybywa do Bombaju. Udaje mu się wyprosić spotkanie z samym Dhundirajem Phalkem, a potem podpatrywać go przy pracy. Następnie odwiedza Madras i zdobywszy potrzebne wyposażenie, rozpoczyna przygotowania do zdjęć do pierwszego filmu malajalam – Vigathakumaran, czyli Zaginionego dziecka. Już w samym doborze tematu widać nowatorskie podejście J.C. Davida. W kinie dominowały wtedy mitologiczne tematy zaczerpnięte z puran. On jednak postanowił, jak sugeruje reżyser wzorem Chaplina, opowiedzieć o ludziach. Postawił więc na kino społeczne. Nadaje to jego historii dodatkowy wymiar – bo przecież właśnie w podejmowanych wątkach między innymi upatruje się specyfiki malajalamskiej kinematografii.

Celluloid w ukazywaniu perypetii wokół powstawania Vigathakumari przypomina początkowo znakomity maracki Harishchandrachi Factory przywołujący kulisy kręcenia pierwszego indyjskiego filmu Raja Harishchandra wspomnianego już Phalkego (choćby w zabawnym epizodzie z rozkapryszoną bombajską gwiazdą Laną czy za sprawą postaci artysty kathakali, który roztrząsa, jak tu zaadaptować umiejętności na potrzeby ekranu). Szybko jednak historie przybierają inny bieg. Maraci mogli do końca pozwolić sobie na żartobliwy ton – Dadasaheb odniósł przecież niekwestionowany sukces. W biografii J.C. Davida nie ma zaś triumfu. Nie doczekał nawet uznania Zaginionego dziecka za pierwszy film malajalam. I smutna jest konstatacja, że sprawiały miałyby się inaczej, gdyby nie sztywność myślenia urzędników i mechanizmy funkcjonowania biurokratycznej maszyny (z ekranu słyszymy choćby takie tłumaczenia – nie, nie można mówić, że nakręcono pierwszy film malajalam, skoro był on niemy, a rodzina twórcy pochodziła z Tamilnadu).

Celluloid-(2)W opowieść o Davidzie wpleciono też inny dramat – aktorki, której powierzono główną rolę kobiecą. Dla dalickiej dziewczyny występ w filmie był przepustką do innego świata, wolnego od uprzedzeń i zniewag. Tutaj jest traktowana na równi. Jakby podkreślając wyjątkowość nowego medium i szczególną jego właściwość, jaką jest tworzenie odrębnych, alternatywnych światów, David, jego rodzina i współpracownicy powtarzają Rosammie (Chandini), że na planie nie jest dawną sobą, a postacią, w którą się wciela. Jest kimkolwiek chce być. I dzięki niej mogą opowiedzieć przyszłym widzom swoją historię. Symbolicznie podkreśla to zmiana imienia dziewczyny na ekranowy pseudonim P.K. Rosie. Ale czy społeczeństwo jest gotowe na zmiany? Moment, gdy Rosie kończy swój udział w zdjęciach, kończy też pierwszy, napędzany entuzjazmem i radością tworzenia segment filmu.

Akcja przeskakuje do lat 60. – gdy Chemeen Ramu Kariata jako pierwszy keralski film zostaje nagrodzony najważniejszą państwową nagrodą. Dziennikarz zajmujący się historią kina Chelangatt Gopalakrishnan (warto podkreślić postać autentyczna, jego książka m.in. posłużyła za podstawę scenariusza, w jego roli Sreenivasan) trafia na ślad filmu widma Vigathakumaran i jego twórcy. Historia go intryguje. Postanawia więc zbadać te tropy i odnaleźć J.C. Davida. Nie będę zdradzać, czemu losy twórcy przybrały dramatyczny obrót i jakie okoliczności towarzyszyły premierze jego filmu. Nie wszystkim w końcu znana jest ta biografia. Prithviraj z wyczuciem ukazuje Davida na różnych etapach życia, dowodząc, że jest jednym z bardziej utalentowanych aktorów młodego pokolenia. Mamta Mohandas, jako jego wspierająca żona Janet, subtelnie podkreśla ogromną więź łączącą małżonków. Jej opowieść to zresztą osobny cichy dramat – zachowywania lojalności wbrew wszystkiemu.

cell stillW Celluloidzie nie zaniedbano detali. Kolorystyka zdjęć przenosi w czasy retro. Scenografowie i kostiumolodzy wprawnie oddali charakter epoki. Ale największe wrażenie robi muzyka. Pojawiają się zaledwie dwie specjalnie napisane do filmu piosenki – znakomicie przywołujące stylistykę dawnych kompozycji. Katte katte to dla mnie zdecydowanie jeden z najlepszych utworów zeszłego roku. Trudno za to niestety zrozumieć pewną niefrasobliwość w podejściu twórców do prawdy historycznej (o rozmaitych kontrowersjach można przeczytać w indyjskiej prasie). Inaczej ma się sprawa w przypadku opowieści tylko inspirowanych autentycznymi biogramami. Ale tu mowa o konkretnych postaciach, o hołdzie dla nich. Czy odstępstwa podyktowały wymogi filmowości – jak choćby w przypadku spotkania Davida z Phalkem, o którym w źródłach, z jakimi się zetknęłam, nie znalazły się wzmianki? Celem filmowców była jednak nie tyle jak najwierniejsza rekonstrukcja zdarzeń, a przywołanie zapomnianych postaci J.C. Davida i P.K Rosie w powszechnej świadomości. A to, sądząc po reakcjach, jakie obraz wywołał w Kerali, udało im się znakomicie.

18KIMP_VK2_1397418g

Tyle zachowało się z filmu

Film rozpoczyna sekwencja z dzieckiem, które bawi się zwojami celuloidowej taśmy. Scena powraca jeszcze pod koniec, gdy widz jest już świadom, jakie jest jej znaczenie. Kamal pokazuje, jaką igraszką bywa sztuka. I że kaprys losu, niefrasobliwość potrafią zetrzeć część bezcennej spuścizny. O Zaginionym dziecku, dzięki zapałowi pasjonatów kina, zachowała się pamięć, pozostało parę ulotek reklamowych i jedno zdjęcie z planu. Ile straciliśmy bezpowrotnie? A ilu wizjonerów, pionierów rozmaitych dziedzin, na zawsze zapomniano?

Jedna uwaga do wpisu “Celluloid (2013) – W hołdzie zapomnianym

  1. Pingback: The Celluloid Man – niezwykły dokument o historyku kina, P.K. Nairze | Hunterwali

Odpowiedz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s